Historia mówiona: ocalić przed zapomnieniem

Powiedzieć o minie Macieja, że była nietęga, to jak nie powiedzieć nic. Jest godzina 20. Wracamy „trzynastką”. Wnikliwy obserwator bez większego trudu oceni, że za nami cały dzień pracy. Nie pomyli się znacząco. „Lekko” tylko niedoszacuje okres około 90 lat życia Zbigniewa Orywała, w którym uczestniczyliśmy za sprawą wyjątkowej opowieści. Wszystkich przeciwności, powodzeń, sukcesów i porażek.

Jak się ma 90 lat…

Wracamy właśnie z planu zdjęciowego, a naszym gościem (a właściwie gospodarzem, bo wizytowaliśmy w jego domu na Grunwaldzie) był lekkoatleta okresu powojennego – Zbigniew Orywał. Media żyją wielkimi słowami i epatowaniem emocjami. Powinienem więc napisać, że Orywał był wybitnym polskim sportowcem, który święcił trumfy na największych ówcześnie imprezach sportowych. Otarł się o medal Igrzysk Olimpijskich.

Czego nie osiągnął indywidualnie jako zawodnik, pomógł osiągnąć wielu biegaczom jako trener. Tutaj jednak nie trzeba wielkich słów. Wystarczą fakty.

Podczas tego nagrania gościliśmy w domu pana Zbigniewa na Grunwaldzie. To buduje zupełnie inną atmosferę podczas rozmowy. No i nie spodziewaliśmy się, że nagrywanie samych pamiątek ze sportowej kariery, potrwa tyle samo czasu co rozmowa!

Orywał opowiedział nam o swoim życiu. Urodził się w 1930 roku w Kępnie. W międzyczasie – na skutek choroby ojca, rodzina przeprowadziła się do Wągrowca. Z nowego domu zostali wysiedleni przez Niemców. Rodzina Orywała została zmuszona do zamieszkania w małym pokoju – 6 osób spało na podłodze przez całą okupację. Przez czas zaboru Polacy nie mogli rozmawiać publicznie po polsku ani… uprawiać żadnego sportu.

– Mieliśmy tylko pracować – opowiada pan Zbigniew. W czasie żniw trzeba było wykonać określoną pracę, aby dostać kartkę na podstawie której wydawane było jedzenie. Bez kartki człowieka czekał głód.

Nasz rozmówca cechował się wrodzonymi zdolnościami do uprawiania sportu – po wojnie był mistrzem szkoły w wielu dyscyplinach, pomimo braku treningów w czasie okupacji. Został “zauważony” i 1948 roku wystartował w przełajowych zawodach Klubu Sportowego Warta. Pomimo, że był juniorem – zajął 3 miejsce. Później były liczne starty w lekkoatletycznych meczach międzypaństwowych. Na poznański AWF dostał się niejako przypadkiem – miał bardzo dobre wyniki w nauce, ale jego dalszą edukację w szkole inżynieryjskiej została zablokowana przez Komitet Powiatowy Partii.

Z polską władzą borykał się nie ostatni raz. W 1956 roku uzyskał minimum olimpijskie, które pozwalało mu wystartować na igrzyskach olimpijskich w Melbourne. Niestety ówczesna władza nie zgodziła się na wydanie paszportu i z tego powodu Orywał nie został olimpijczykiem. Cztery lata później ponownie zakwalifikował się na najważniejszą imprezę dla sportowców i tym razem otrzymał paszport. Niestety, do Rzymu pojechał z gorączką. Nie przyznał się do swojej choroby przed sztabem trenerskim:

– Być w wieku 30 lat, po tym że w 1956 roku nie zostałem zakwalifikowany, to była dla mnie wyjątkowa okazja być olimpijczykiem, prawda? Jeszcze powiedzieć, że mam gorączkę i nie wystartować… to było niemożliwe.

W biegu na 800 metrów był na mecie ostatni. Biegu a na 1500 metrów nie ukończył – zabrakło mu sił.

 

 

Zderzenie człowieka z historią…

Choć moim zadaniem na planie jest przede wszystkim dbanie o to aby obraz był ładny i dźwięk się dobrze nagrał (rozmowę prowadzi Piotr Bojarski, ze mną pracuje Maciej Świstoń), trudno nie wciągnąć się w historie naszych rozmówców i nie przeżywać ich razem z nimi. To kolejna moja podróż w cudze życie – nie liczę ile podobnych rozmów zrealizowaliśmy, ale na naszej stronie jest ich już ponad dwie setki! Nie w każdym nagraniu brałem udział, ale każde z nich to właśnie taka historia. Niektóre przyprawiają o łzy – jak opowieści o pomordowanych w Katyniu Polakach, niektóre wzbudzają dumę i wywołują uśmiech, jak historia pana Biegańskiego, który z nudów rzucał butelkami z benzyną w UB – tę przytoczę później.

W ten sposób możemy dołożyć cegiełkę do projektu ocalenia tych wspomnieć przez zapomnieniem. Tym zajmuje się działające już ponad rok Poznańskie Archiwum Historii Mówionej.

– Ożywiamy pamięć. Ze świadkami historii przeprowadzamy wywiady filmowe o ważnych wydarzeniach, jak II wojna światowa, Czerwiec 1956 czy Marzec 1968. Ale i o zwykłym życiu,  o codzienności.  (…) Dzięki technologii cyfrowej nasi potomkowie będą mogli bezpośrednio od nas dowiedzieć się, jak przeżywaliśmy naszą historię, zobaczyć nasze emocje. Ważne jest, że pracujemy z kamerą, a nie z samym tylko dyktafonem. Bardzo wiele treści niesie ze sobą gest, wyraz twarzy, mowa ciała, intonacja – mówi Jacek Kubiak, twórca Poznańskiego Archiwum Historii Mówionej.

Historia o mówieniu historii

Pierwsze pomysły na takie wielowarstwowe relacjonowanie lokalnej przeszłości – za pomocą dźwięku i obrazu, bez dodatkowej narracji i dopowiedzeń – powstały w Poznaniu kilka lat przed moim urodzeniem. Poznański dziennikarz, Piotr Frydryszek, zaczął nagrywać dla Biblioteki Raczyńskich długie filmowe wywiady z wybitnymi poznańskimi osobistościami. Powstał wokół tego przedsięwzięcia niewielki zespół, a Piotr Frydryszek został pionerem „historii mówionej” w naszym kraju.

Sam nurt historii mówionej stał się już przedmiotem uniwersyteckiej dyskusji, choć jest dziedziną dość młodą, powstałą w USA. Najczęściej są to filmy – wywiady z uczestnikami ważnych wydarzeń z przeszłości (świadków historii). Dzięki temu odwracamy perspektywę historyczną. Przeszłość jest opowiedziana ustami świadków wydarzeń, a nie z perspektywy historyków. I pewnie niesie to zagrożenia w postaci przekręcania faktów, ale ma również wiele zalet. Z wielu takich opowiadań możemy sobie odtworzyć historię, która wymyka się książkom i podręcznikom, niemogącym dostatecznie wiernie oddać złożonych nastrojów i emocji społeczeństwa stojącego u progu różnych zmian.  Moją ulubioną jest wspomniana wcześniej opowieść Janusza Biegańskiego, który opowiadał o poznańskim czerwcu 1956 roku.

– To była taka rozrywka. (…) Tylko młodzież została, no to co mieliśmy robić? Butelki z benzyną i buch, do UB! – te słowa przeczytane z kartki czy z ekranu, absolutnie nie oddają zawadiackiego tonu starszego pana, który na własne oczy widział  ustrój, o którym się mówi, że jest słusznie miniony. – To wszystko spontanicznie. Tam już cysternę ładowali i chcieli podjechać cysterną z paliwem i do nich… i ich podpalić – dopowiada.

W tych kilku słowach, wyrazie twarzy oraz gestach – miesza mi się polska ułańska fantazja, trudne doświadczenia historyczne, ale też umiejętność radzenia sobie w każdej sytuacji. Pewnie dlatego tak wyryła mi się w mojej pamięci ta wypowiedź. Gdybym przeczytał ją w książce, przerzuciłbym kartę lekką ręką, myśląc sobie: ot, szaleniec. 

 

 

Odtwórz wideo

Osobiste korzyści

Do każdej historii pochodzę z dużym szacunkiem. Poza ogarnięciem swoich pokręteł i suwaków – staram się słuchać. Nie jestem typem słuchacza, który zadaje setki pytań na sam koniec rozmowy, ale pamiętam spotkania, które więziły głos w gardle. Choćby opowieść pana, który rozpłakał się podczas nagrań – bo opowiadając historię swojego życia, zdał sobie sprawę z tego, ile zawdzięcza swojej matce. Wyobraźcie sobie dorosłego faceta (ba, faceta w podeszłym wieku!), który rozkleja się na myśl o swojej przeszłości i moją rozmowę z mamą w 15 minut po zakończeniu tego wywiadu. Innym widokiem, który powodował gulę w gardle, był wizerunek Matki Boskiej Katyńskiej po godzinnej rozmowie z człowiekiem, który aktywnie walczył o upamiętnienie ofiar tego strasznego mordu.

Prowadząc stronę, nagrywając i montując filmy, zdajemy sobie sprawę, że naszą pracą zainteresuje się tylko mała część społeczeństwa i może studenci Wydziału Historii szukając źródeł do esejów za nieobecności. Jednak słuchanie tych rozmów pozwala spojrzeć na różne sprawy z nieco innej perspektywy. Wczuć się w skórę małego dziecka, którego rodzina jest wyrzucana z domu w pierwszych dniach wojny, czy ojca, który traci syna zamęczonego przez bezpiekę.

Podczas nagrywania takich rozmów sprzęt nie jest najważniejszy. Cały nasz zestaw jesteśmy w stanie we dwóch przewieźć tramwajem. Mamy ze sobą aparat, dwa statywy, zestaw mikrofonów, lampę oraz blendę. Ludzie dziwią się, że nie przyjechaliśmy samochodem i nie mamy „telewizyjnych kamer”

Cichy pomocnik

Ten projekt powstaje przy współpracy z  Wydziałem Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Wydział jest jednak skromny – jeszcze się chyba nie pochwalił, że bierze udział w tak ciekawej inicjatywie. Trzeba oddać jednak, że nasz udział w Archiwum zaczął się tutaj i nadal opiera się na – początkowo studentach, a teraz pracownikach – WNPiD. Zespół jest w sumie dość niewielki. Inicjatorem i szefem poznańskiego Archiwum jest dr Jacek Kubiak – dziennikarz oraz producent filmowy. Rozmawia ze świadkami oraz redaguje portal inny poznański dziennikarz – Piotr Bojarski.

Gdy pomyślę sobie o naszych początkach… Pracowaliśmy na „wydziałowym sprzęcie” – kamerach, mikrofonach i lampach. Światło ustawialiśmy na czuja – tak jak pamiętaliśmy z zajęć na Uniwersytecie. Uciążliwe było ciągłe rezerwowanie, przywożenie i odwożenie kamer oraz lamp. Dr Kubiak obdarzył nas sporą dawką zaufania oraz cierpliwości: czasami odwiedzał nas Mirosław Skrzypczak – aby podpowiedzieć gdzie co ustawić, żeby obraz był ładny.  Dzisiaj praca wygląda już nieco inaczej. Nagrywamy częściej, bo pracujemy całkowicie „na swoim”. Małe kamery reporterskie zamieniliśmy na dobrej jakości aparaty z możliwością nagrywania video nawet w 4k. Kadry są bardziej przemyślane, światło bardziej zniuansowane. Udało nam się wypracować tryb, dzięki któremu każdego tygodnia publikujemy 4 filmy! Dwie dłuższe relacje oraz dwie zapowiedzi

Dawno, dawno temu prowadziłem bloga. Inspirowałem się Kominkiem i myślałem, że moje zdanie jest najważniejsze na świecie. Później przyszedł czas, kiedy lekko (ale tylko lekko) zmądrzałem i zauważyłem jak bardzo mało dobrego idzie za tym, że mam jakąś opinię na jakiś temat i stara się ją wykrzyczeć. Trochę było mi wstyd… Chciałem robić coś, co będzie miało sens, będzie przydatne innym ludziom i angażować do tego swoje umiejętności.

Dzisiaj Poznańskie Archiwum Historii Mówionej idealnie wpasowuje się w tę układankę. Dlatego nietęgą minę Macieja z poznańskiej trzynastki biorę na siebie. Doskonale wiem, że to zwykłe zmęczenie a nasza praca w szerszej perspektywie ma całkiem sporo sensu.

Close Menu