Kiedyś to były auta…

O tym, jak pewien Maluch...

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

…zdołał ukryć się przed złomowaniem opowiada Damian Korcz. Pasjonat, który kolekcjonuje tyle wartościowych rzeczy, że wystarczy nam na kilka wywiadów. Dziś przeczytacie o jego perłach – niespotykanym Fiacie 126p i fantastycznej kolekcji rowerów Romet. Jeśli pamiętacie lata świetności tych sprzętów, to nie trzeba was dodatkowo zachęcać. Jeśli nie pamiętacie – to niech was zachęci fakt, że tutaj dowiecie się, że „kiedyś to było…”.

– Kurczę, też miałem kiedyś w rodzinie Malucha. Tylko ciągle się psuł, czasami było to w sumie na rękę – psuł się przed wyjazdem do szkoły albo lekarza… Tam dało się go jakoś odpalić z poziomu silnika i naciskać gaz jakąś deseczką, mam rację?

– Haha, a kto nie miał malucha! Mój tato miał malucha, ale kompletnie mu zardzewiał i poszedł na złom. Właśnie z tego powodu kupił tego od wuja. On „w sezonie” – czyli między wiosną, a jesienią – jeździ nawet co 3 dni. A co do deseczki… Tak, bo jeśli rozrusznik był na linkę – to odpalało się nawet jakimś kijem.

Mój w sumie nigdy w trasie mnie nie zawiódł. Jasne, ma drobne przypadłości! Czasami jakaś żarówka nie działa, ale jak nie ruszam, często … samo się naprawia. Ooo, albo jak włączy się na zbyt długo wycieraczki… to nie chcą się wyłączyć. Zawsze powtarzam sobie, że z racji wieku On może sobie pozwolić na takie humory.

Miał też przypadłości typowe dla malucha. Rdzewienie na podszybiu z przodu – gdzie w sumie miał sporą dziurę, i rdzawe ślady przy uszczelkach. Co nietypowe, ma ciągle idealną podłogę. A przecież zdarzało się w niektórych modelach, że podłoga rdzewiała tak, aż kierowca mógł wybić w niej dziurę nogą i obserwować asfalt.

Właściwie to miał iść na złom...

– Od kiedy auto jest w rodzinie?

– Samochód jest od nowości w rodzinie – czyli od 1 czerwca 1988 roku. Należał do mojego wuja, później odkupili go rodzice. Wuj ma już przeszło 80 lat, a ciągle ma w swoich kolekcjach wiele skarbów! Na początku, przez jakieś 5 lat, Maluch stał unieruchomiony przez niesprawny rozrusznik. Właściwie to miał iść na złom. Jednak zdołał jakoś się ukryć i przetrwać do moich 18. urodzin. Wtedy nareszcie zrobiłem prawko, ale… nie dostałem go od razu. Został mi przekazany – przez rodziców – jakieś 3 lata temu. Oni sami kupili go chyba w 2004 – jeśli dobrze pamiętam.

Teraz jest to pamiątka rodzinna. Fascynuje mnie obecna „moda na maluchy”. Zaczęła się chwilę po mojej decyzji o jego naprawie. Może to zbieg okoliczności, ale… fajny. Sam „mały Fiat” jest z połowy produkcji. Miał iść za granicę. Między innymi dlategojest wyposażony w prawe lusterko. Wtedy nie było wymagane i dlatego było dosyć rzadkie w przypadku „naszych” maluchów. Na szczęście jednak – jak na malucha przystało – ma klasyczny tłumik z pierwszej wersji z lat 70!

Własną historię ma jego tylna klapa, która nie jest oryginalna. Kiedyś był wyprzedzany – w końcu to nie jest superszybkie auto – i inny samochód zajechał mu drogę. Trzeba było awaryjnie hamować i ktoś strzelił z tyłu. Co bardziej ciekawe: ten ktoś prowadził auto dostawcze – a nam do wymiany poszedł wyłącznie jeden reflektor i wspomniana wcześniej klapa!

Ciągle mam jeszcze repliki czarnych tablic, które jeździły z nim od początku – PNW 1440. Mam też parę nie do końca fabrycznych „gadżetów” z czasów popularności auta. Choćby słynna „turbinka Kowalskiego” montowana pod gaźnikiem. Strasznie trudno teraz to dostać, a ja mam nową. Pojawiały się opinie, że auto lepiej się zbiera. Za to wolniej jedzie, ale… maksymalnie zdołałem go rozpędzić (przed remontem silnika, czyli po 30 latach i 75 tys. kilometrów przebiegu) do 121 km/h.

Poza tym mamy do niego halogeny, które były kupione jako nowe, na początku lat 90. Mam też sporo oryginalnych gratów, jak wyposażenie: lewarek, kanister, „narzędziówka”, pompka, koło zapasowe. Auto jest z „pierwszego rzutu” maluchów – odpalanych przez stacyjkę, a nie na linkę. Ma w wyposażeniu alternator, a nie prądnicę. Mam też dwa różne – klasyczne – modele bagażników dachowych. Niedawno zrobiliśmy mu generalny remont silnika i skrzyni biegów. W planach jest też klasyczna przyczepa kempingowa N126.

najpierw trzeba było go w ogóle "obudzić"...

– Jak sobie wyobrażasz jeżdżenie nim na co dzień? W końcu kiedyś to było normalne, a Maluch był luksusowy!

– Z tego, co wiem – najdalej był w Wolsztynie. Dość niedawno jeździł na wagonie naszej kolejki Średzkiej razem z Citroenem 2CV i starym samochodem terenowym marki UAZ. W ruchu miejskim sprawuje się super! Jest mały, wszędzie zaparkuje. Dzięki „turbince” ma większe przyspieszenie. A warto wiedzieć, że ta „turbinka” to było tylko małe śmigiełko umieszczone na kulowym przegubie! Dzięki niemu auto miało dostawać więcej mocy i palić mniej, schodzić nawet do 3 litrów! W tamtych czasach benzyna była luksusem, więc można to zrozumieć.

Więcej informacji o „turbinie” znajdziesz tutaj >

 

Bez problemu mógłby być zarejestrowany na zabytek, mam do niego oryginalna fakturę z Polmozbytu – przy ulicy Wojciechowskiego w Poznaniu. Mam nawet instrukcje napraw, obsługi, katalog części zamiennych oraz kartę gwarancyjną!

Dowiedz się, czym był Polmzbyt >

 

– Weszliśmy na temat części, instrukcji i napraw. Ile pracy zajęło doprowadzenie go do tego stanu? Z czym był największy problem?

– Wszystko było robione stopniowo. Najpierw trzeba było go w ogóle „obudzić” i skompletować. Dopiero jak okazało się, że żyje – można było zająć się remontami. Parę elementów było wymienionych nieplanowanie: drążki kierownicze, linka ręcznego. Teraz mam do niego bardzo dużo części zamiennych – na przykład dwa silniki, komplety hamulcowe – bo zbieram to na zapas. Jeszcze można wiele rzeczy dostać w normalnych cenach, są też jeszcze na złomach.

– Skąd się teraz bierze części?

– Po pierwsze, to stają się… coraz droższe! Istnieją nieliczne sklepy, mamy internet. Jednak największe skarby mają starsi ludzie i złomowiska. W końcu kiedyś te auta traciły na wartości i ludzie pozbywali się ich lekką ręką. Dostać się do takich skarbów, to jak wygrać na loterii.

– Jeździsz na jakieś zloty?

– Tak, kiedy tylko mogę. W Środzie są tzw. Średzkie Youngtimery, byłem też pod stadionem Lecha na Poznańskie Klasyki Nocą . Po kupieniu przyczepki i remoncie rowerów (więcej w dalszej części, przyp. autor) chcę jechać na Retro Motor Show na MTP.

 

Naszą relację z Poznańskich Klasyków Nocą możesz zobaczyć – tutaj >

dzięki niemu znam masę ludzi...

– To auto faktycznie ma duszę? Lepiej się sprawuje, jak jesteś dla niego miły – a psuje się, jak nie szanujesz?

– Coś takiego (śmiech), wszystkie starsze rzeczy mają. On akurat wyjątkowo to okazuje.

– Pamiętam jak kiedyś tato zaczął kląć naszego i „siadł” na tydzień, nikt nie mógł naprawić… a niby to tak prosta konstrukcja. Mieliśmy też Rometa Ogara z polskim silnikiem. Było tak samo.

– Prosta, no ale humorzasta. Do tego komputera się nie podłączy. Wracając na chwilę do tematu zlotów i tego, co daje mi mój Maluch. Dzięki niemu znam masę ludzi. To, jak o niego dbam sprawia, że on odwdzięcza tymi wszystkimi uśmiechami i wzrokiem zafascynowanych ludzi na ulicy.

Miałem sporo zapytań o sprzedaż, ale on sprawia mi zbyt wiele radości. Czuję też, że jego widok na ulicy często pozwala obudzić w ludziach pewną melancholię i wspomnienia ich młodzieńczych czasów. W końcu kiedyś to właśnie to auto było marzeniem wielu młodych Polaków.

– Jak wyglądają obecnie ceny, zaczynają się już robić kosmiczne? Przecież kiedyś takie autko dało się kupić za butelkę wódki…

– Ceny robią się wysokie. Najbardziej drożeją gadżety i wszelkie drobne elementy, na przykład emblematy. Gałka biegów, którą mam, kosztuje nawet 400 złotych. Taka klasyczna gałka, z zalanym samochodzikiem w środku. Nie jest w 100% fabryczna, ale właśnie taką używano nawet w kilka klas droższych Warszawach.

Choć auto potrzebuje poprawek lakierniczych, to jego wartość można określić na jakieś 10 tysięcy złotych. Realna wartość Maluchów z pierwszych lat produkcji to jakieś 30 tysięcy złotych. Cena rok do roku wzrasta o jakiś tysiąc złotych. Mój nie jest z pierwszych lat produkcji, jest z 1988 – czyli z roku przed transformacją. Pierwsze były z 1973 roku, jednak mój ma nietypowy kolor – taki połączenie zielonego kremowego z szarym.

– Jakie były rodzaje maluchów?

– Pierwsze to ST, później FL, dalej ELX – a na końcu Happy End. Były też różne specyficzne odmiany: bis, amfibie, gąsienicowe, dostawcze (czyli bąbel), z silnikiem z przodu (czyli ryjek), z silnikiem diesla, kombi, nawet jako radiowozy milicyjne czy wyścigówki. Jednak oprócz bisów, to wszystko prototypy i egzemplarze jednostkowe.

– Co by Ci się przydało obecnie, aby dalej ten projekt ciągnąć? Rozgłos, środki, czas?

– Czas się zawsze znajdzie. Bardziej przydałby się rozgłos. Ten wzrasta dzięki gazecie lokalnej, czy koledze podróżniku, który swoim składakiem przejechał już dwie razy trasy po 1600 kilometrów.

Faktem jest, że rozgłos mógłby bardziej się jednak zwiększyć, bo motywuje do działania. Jednak faktem jest też to, że szczególnie rowery pochłaniają sporo środków. Część z nich kupiłem, część dostałem. Szukamy z tym kolegą sponsorów medialnych bądź finansowych. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

dostałem wigry 3 i tak się zaczęło...

– To w takim razie rowery. Mnie kojarzą się z wiecznie pijanymi sąsiadami z mojej rodzinnej wsi. Rowery były tak zdezelowane, że nikt ich nie kradł – choć często można było znaleźć je gdzieś w rowie.

– Wszystkie 10, to oryginalne Romety. Jeden to ZZR (Zjednoczone Zakłady Rowerowe), czyli firmy, z której powstał Romet w 1971 roku. Jest to model Karat, pierwszy ze składaków. Modeli w sumie mam wiele, przynajmniej dziewięć różnych.

Mam Dueta, którym kolega chce jechać na miesięczną wyprawę. Wyglądał dość źle kiedy go kupiłem, ale teraz ma nawet oryginalny kolor. Jest z roku 1977, a jego oryginalny kolor to zielony metalik.

Zbieram te rowery od końca czerwca. Nie było miesiąca, abym nie dostał jakiegoś nowego. Ciekawe jest to, że znacząca ich część nie jeździła od 20-30 lat.

– Jak się tym jeździ teraz?

– Dwa są ze złomowiska, jeden – dość rzadki – kupiony z internetu. Reszta od znajomych. Co do napraw, to sam rower jest dość prosto zbudowany. Najbardziej uciążliwe jest malowanie i naklejki – szczególnie chodzi o dobranie koloru i zdobycie naklejek… Na Dueta musiałem miesiąc się namęczyć, żeby je ktoś z internetu dorobił.

Jak się jeździ? To są rowery typowo miejskie, bez przerzutek – poza jakimiś trzema modelami. Ich jedyną amortyzacją są dwie sprężyny w siodełku. Mają dynama. a nie oświetlenie na baterie. Warto wspomnieć, że oryginalnie w sklepach wychodziły nie w kartonach – lecz w pokrowcach. Chciałbym kupić taki pokrowiec.

Są na tyle dobrze zaprojektowane, że taki złożony zmieści się na kanapie w maluchu. Są na kołach ’20 cali lub 24. Hamuje się poprzez kręcenie pedałami do tyłu, tak zwane torpedo. Niektóre mają dodatkowe hamulce szczękowe – takie na lince. Rowerki są dość niskie, ważą gdzieś 15-25 kilogramów. Szczególnie ciężki jest Duet. W końcu to rower na dwie osoby.

– Co sprawiło, że się tym tak „zajawiłeś”?

– Zawsze chciałem mieć składaka jako ozdobę na bagażnik dachowy. Właściwie to też nigdy nie miałem składaka w ogóle… Dostałem od syna wuja (wuja od Malucha) jego Wigry 3, które dostał na komunię. I tak się zaczęło…

Plany? Nie wiem sam. Chciałbym zebrać wszystkie modele, na pewno nie na sprzedaż. Może muzeum, może wypożyczalnia rowerów z okresu PRL?

– Wypożyczalnia brzmi ciekawie. Ludzie mogliby się poczuć „jak kiedyś”.

Dokładnie! Ja tym Karatem na co dzień jeżdżę. Sam kiedyś takiego małego Rometa miałem, ale dziś na rodzinnej wiosce jeżdżą takimi już wyłącznie „pijaki”. Mimo 50 lat, jest w bardzo dobrym stanie. W końcu kiedyś te rowery były popularne niczym Maluchy.

Od niedawna, tak jak na maluchy, zrobiła się moda na właśnie takie rowery. Tym bardziej na te rzadsze wersje kolekcjonerskie – takie jak mój Duet, którego kupiłem za 600 złotych. Po remoncie jego cena dociera do granic 2,5 tysiąca złotych. Są to sprzęty, które ciągle zwiększają wartość.

Znalazłem w sieci pasjonata podobnego do mnie, choć mającego już 20 rowerów. Dzięki niemu sam zacząłem myśleć o promocji w mediach społecznościowych, własnej stronie albo krótkich etiudach dokumentalnych z graficzną prezentacją każdego modelu. Chciałbym też przerobić jeden na taki, którym mógłbym jeździć po torach naszej kolejki Średzkiej.

Zobacz film, o którym mowa – tutaj >

największe zainteresowanie jest duetem

– Fajnie, że możemy o tym pogadać i próbować rozreklamować to przez SAF. Choć sądzę, że Twoją główną grupą docelową są dorośli ludzie, których lata młodości przypadają na okres PRL. Twoja praca na pewno sprawia im radość i wzbudza pewną nostalgię…

– Fakt, w końcu to często ich dzieciństwo. Mój tata kiedyś miał wypasionego składaka, ale mu ukradli. Dlatego teraz kompletnie mu nie przeszkadza moja kolekcja. Kiedy udzielałem wywiadu, to sam redaktor ciągle dopytywał – kiedy ruszy muzeum.

Największe zainteresowanie jest Duetem. Nawet ze strony dzieciaków, bo są zwyczajnie zaciekawione.

– Kurczę, świetne hobby. I wartościowe. Swoją drogą, często się słyszy, że mieliśmy świetną technikę i wszystko padło po 1989.

– Tak było, kiedyś to było (śmiech)…

– Twoje wujostwo to chyba nieźli kolekcjonerzy, co?

– Tak zbierają nawet stare kamery i aparaty. Sam zbieram też modele kolejowe, w większości polskie – to jest dość drogie hobby. Maluch i rowery ledwo się zbliżają do nich wartością… Takie lokomotywy mogą mieć światła, dźwięk, oświetlenie w środku wagonów – no i jeżdżą.
Mam również telefony, maszyny do pisania, do szycia, mam komputer z lat 90., znaczki z okresu PRL.

Sam nigdy nie widziałem tego w jednym miejscu. Latem planujemy się wybudować, to wszystko się wyprowadzi i zrobi inwentaryzację. Planuję dokładny opis każdego przedmiotu. Tak, abym za 50 lat mógł powiedzieć skąd się wzięło, z czym się wiąże, jaką ma wartość sentymentalną, etc.

Mam jeszcze Mercedesa W202 Elegance – dostałem go od innego wuja. Auto ma automatyczną skrzynię, no i woziło Nikodema Dyzmę!

 

Więcej w kolejnych rozmowach! Ciągnął za język – Maciej Świstoń, fotografował Krzysztof Kubiak. Fotograf zrobił zdecydowanie lepszą robotę, co?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

galeria

© SAF WNPID UAM 2019