“Nie ma marzeń, których nie byłabym w stanie zrealizować” Martyna Zgierska dla SAF

Kim jest Martyna Zgierska?

Od razu najtrudniejsze pytanie? (śmiech) Tych ról jest bardzo wiele i przez lata się zmieniały. Niezmiennie jestem jednak powsinogą i idealistką.

Jesteś założycielką naszej Agencji… Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz pomyślałaś o założeniu Studenckiej Agencji Fotograficznej?

Hm, to chyba było dobre kilka miesięcy przed rozpoczęciem studiów na WNPiD. Mocno interesowałam się tego typu organizacjami i najpierw odkryłam działający na AGH w Krakowie KSAF. Nie ukrywam, że to ich fotorelacje i ogólna działalność, a także duch wspólnoty, który widziałam na ich zdjęciach sprawił, że chciałam coś podobnego stworzyć w Poznaniu.

Studia to wspaniałe relacje, poznawanie świetnych ludzi… Chciało Ci się „bawić” w zakładanie medium studenckiego? To musiała być pewnie skomplikowana procedura.

Ale ja właśnie po to założyłam SAF – dla tych relacji i ludzi, z którymi przyjaźnię się do teraz! Kiedy zakładałam SAF to była partyzantka i początkowo nie działaliśmy jako formalne koło, długo też nie mieliśmy oficjalnego opiekuna. Nie było więc jako takiej procedury – to wdrożyliśmy (chyba – pamięć mnie może myli, bo to już jednak kawał czasu temu) na 3 roku moich studiów i jednocześnie 3 roku istnienia SAFu. Początkowo SAF działał w ścisłej współpracy z Działem Informacji i Promocji Wydziału. Szybko dostaliśmy swoją stronę internetową i sporo organizacyjnego wsparcia.  

Maraton fotograficzny, SAF
Maraton fotograficzny organizowany przez SAF w 2016 roku

Jak miał działać SAF w Twoim początkowym zamyśle? Byłaś nastawiona na wzajemny rozwój w fotografii, szkolenia czy może po prostu formalne stworzenie grona miłośników fotografii, którzy będą spotykali się przy piwie i rozmawiali o tym co kochają robić?

Chciałam żebyśmy się rozwijali i uczyli od siebie nawzajem. Byliśmy jednak Agencją Fotograficzną – tak więc podstawą naszej działalności było uwiecznianie wydarzeń mających miejsce na uczelni, ale nie tylko. W zasadzie przez ten czas starałam się, żeby w ramach SAFu było miejsce na wszystko – zarówno zdobywanie doświadczenia poprzez tworzenie fotorelacji, warsztaty, ale i bardziej nieformalne spotkania.

Mówi się, że najgorzej jest zacząć… Jakie były początki?

Kiedy patrzę wstecz widzę osobę z dużym zapałem, energią i zaangażowaniem, która mimo niewielkiej wiedzy bardzo ufała sobie i wierzyła w ideę fotograficznej organizacji studenckiej. Na spotkanie organizacyjne ściągnęło mnóstwo osób z różnych wydziałów i to było bardzo motywujące. Z grupy typowo wydziałowej od razu aspirowaliśmy do bycia organizacją zrzeszających ludzi z całego uniwerku a nawet spoza niego – mieliśmy aktywnych członków również z innych uczelni Poznania.  Tak jak wspominałam – wszystkiego trzeba było się uczyć na żywym organizmie, ale organizacja szybko się rozwijała i dość sprawnie zebraliśmy pierwsze 1000 polubień na Facebook’u! udało się zorganizować parę wystaw i warsztatów, dwa razy Dzień Fotografii oraz Maraton Fotograficzny.

Pomyślałaś wtedy, że będzie to medium, które przetrwa, aż do dziś?

Miałam cichą nadzieję, ale nie liczyłam na zbyt wiele – organizacja przez te 3 lata opierała się głównie na mnie, trudno było znaleźć lidera, który chciałby mnie zastąpić. Wiem, że po moim odejściu działalność SAFu została zawieszona na jakiś czas. Na szczęście dzięki inicjatywie Tomka Kaczmarka i Maćka Świstonia SAF został reaktywowany i jestem z tego bardzo dumna!

Działałaś w SAF’ie 3 lata, jaki to był czas, jak go wspominasz?

Bardzo intensywny. W zasadzie nic innego się dla mnie nie liczyło. Czasem zrywałam się wcześniej z wykładu, bo trzeba było coś załatwić albo biec robić zdjęcia. Szalony czas, kiedy żyło się dla jakiejś idei. Mimo, że bywały trudne momenty to wspominam ten czas bardzo ciepło. Na marginesie dodam, że chyba nigdy nie oddawałam i publikowałam zdjęć tak szybko jak wtedy. Działaliśmy jak prawdziwa agencja foto i niczym Reuters czy PAP dowoziliśmy zdjęcia prosto z miejsca zdarzenia jako pierwsi.

Maraton fotograficzny organizowany przez SAF w 2016 roku

Studia licencjackie skończyłaś w 2016 roku na WNPiD studiując Stosunki międzynarodowe… Po drodze była przygoda z SAF’em, a później co?

 Nie ukrywam, że przygoda z SAF’em choć była super doświadczeniem, trochę mnie też zmęczyła. Byłam głodna świata i podróży i nie do końca wiedziałam, czy chcę nadal mieszkać w Poznaniu. Poza tym, z powodów osobistych ciągnęło mnie do Bułgarii. W ten oto sposób zrobiłam sobie 2-letni gap year od studiowania. Postanowiłam w tym czasie na             międzynarodowe doświadczenia – najpierw zbierałam pieniądze na podróże pracując w korpo w Bułgarii, a potem prawie na rok wyjechałam do Azji i Australii. Po tej wyprawie nabrałam przekonania, że nie ma marzeń, których nie byłabym w stanie zrealizować.

Skąd pomysł na podróżowanie? Nie bałaś się, że już nie wrócisz na studia i zostaniesz tylko z licencjatem, który – no nie zawsze jest wystarczający?

Podróżowanie było ze mną – choćby w świecie fantazji – od najmłodszych lat. Wychowałam się przy obwodnicy, a zasypiałam w rytm jadących po niej ciężarówek (śmiech). Chciałam podróżować od końcówki liceum, ale wkręcenie się w SAF sprawiło, że odłożyłam te marzenia na potem. Czy bałam się zostania z samym licencjatem? Hm, życie pokazało mi, że wykształcenie nie zawsze ma decydujące znaczenie. Sam licencjat otworzył mi wiele drzwi, a na magisterkę wróciłam, bo czułam, że mam „głód wiedzy”. Czułam, że brakuje mi fotograficznych inspiracji i rozwoju, potrzebowałam innych bodźców niż te, które miałam w podroży.

No dobrze… To dlaczego akurat Bułgaria?

Powód jest trochę prozaiczny – miałam chłopaka Bułgara. Po paru wizytach w tym kraju wsiąknęłam jednak na dobre – nie tylko w Bułgarię, ale i w Bałkany ogółem, które chciałabym w niedalekiej przyszłości lepiej poznać. 

Na szlaku w górach Riła, Bułgaria
Fot. Martyna Zgierska

Na Twoim blogu można znaleźć całe mnóstwo informacji o Bułgarii… Kochasz ten kraj prawda?

Tak jak już wspominałam, z Bułgarią to była trochę miłość od pierwszego wejrzenia. Sądzę, że kluczem do pokochania dowolnego miejsca na Ziemi jest danie sobie szansy na poznanie go i zrozumienie. W końcu tak samo zakochujmy się drugim człowieku – poznając go. Nie jestem wielką fanką odhaczania krajów i twierdzenia, że zna się dany kraj po city breaku w stolicy. W Bułgarii spotkało mnie wiele dobrego, poznałam tam wspaniałych ludzi i przeżyłam pierwsze poważniejsze górskie przygody. Zakochałam się w swobodzie jak kulturze i kuchni tego kraju. Choć oczywiście – inaczej było przyjeżdżać tam jako turystka, a inaczej żyć jako stała obywatelka – o tym też można przeczytać na moim blogu.

Tak też Bułgaria stała się tematem Twojego projektu fotograficznego.

Czułam, że muszę Bułgarii poświęcić więcej czasu. Wróciłam na stałe do Polski i gdyby nie ten projekt – nie miałabym dobrego powodu – choćby dla samej siebie – żeby dalej tam podróżować. I nie ukrywam, że choć kocham Polskę i życie w Warszawie to tęskniłam za Bułgarią.

Można powiedzieć, że w tym projekcie połączyłaś dwie miłości… Fotografię i Bułgarię?

Dokładnie tak, uważam to za połączenie idealne.

Strona internetowa driedroses.eu jest ściśle powiązana z Twoją pracą magisterską. Co na niej znajdziemy?

Na stronie projektu prezentuje efekt 1,5 rocznej pracy i 3 wyjazdów do Bułgarii, podczas których zgłębiałam temat depopulacji i wszystkie jego aspekty. Są tam zdjęcia, wywiady, ale też dane statystyczne dotyczące zjawiska. Starałam się podejść do tak złożonego zjawiska kompleksowo. Łatwo jest pokazać opuszczone domy i starych samotnych ludzi, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? To jedynie szczyt góry lodowej problemu. My fotografowie, dziennikarze, artyści jesteśmy od tego, żeby pokazać to, co jest pod powierzchnią. Mam nadzieję, że udało mi się to chociaż w minimalnym stopniu.  

Dlaczego akurat dried roses – w tłumaczeniu suszone róże? Skąd pomysł na tę nazwę?

Bułgaria to największy producent olejku różanego na świecie. Najbardziej znane perfumy jak Dior czy Chanel są stworzone na bazie olejku z Doliny Róż w Bułgarii. Dla wielu osób, które miały już jakąś styczność z tym krajem jest to niemal pierwsze skojarzenie. Róże = Bułgaria. Róże ususzone, pozbawione wody, a więc i życia, martwe – skojarzenie z depopulacją, a więc siłą rzeczy wymieraniem narodu przyszło mi do głowy samoistnie.

Piszesz tam m.in. o kwestiach z jakimi zmaga się Bułgaria. To wyludnianie, któremu poświęcasz tak wiele – to rzeczywiście tak duży problem?

Tak, to bardzo duży problem. Nie tylko w Bułgarii, ale niemal w całej Europie. Jednak tam jest bardzo widoczny – o ile szukanie wyludnionych wiosek w Polsce to wyprawa gdzieś na obrzeża kraju i trudno dostępne miejsca, to w Bułgarii można je spotkać niemal na każdym kroku. Wyludnianie wiąże się ze wzmożoną emigracją, trudną sytuacją ekonomiczną i polityczną – to bardzo złożony i postępujący proces. Trwa już od wielu lat, a Bułgarzy są świadomi skali problemu. Gdy zaczęłam pracować nad tym projektem czułam się mocno przygnębiona. Dopiero z czasem, po wnikliwym zbadaniu tematu zrozumiałam, że to nie jest kolejna smutna historia o umieraniu , ale o nadziei. Na szczęście są też ludzie, którzy do Bułgarii wracają i namawiają innych do powrotu i to w moim projekcie też udało mi się pokazać. 

Bułgarska codzienność w jednym z lokalnych sklepów
Fot. Martyna Zgierska

Taki proces wyludniania bardzo zwraca uwagę na to, aby docenić drugiego człowieka, który jest obok… Twój projekt to są właściwie w dużej mierze spotkania ze zwykłymi ludźmi…

Tak duże procesy odciskają piętno na całym społeczeństwie, a zwłaszcza tych zwykłych osób. Jeździłam do małych wiosek by porozmawiać z tymi, których ten problem dotyka najbardziej. To smutne widzieć opuszczone domy i słuchać historii danych miejscowości, które niegdyś tętniły życiem. I to prawda, najwięcej radości sprawiały mi niezwykłe w swej prostocie spotkania z ludźmi, którzy otwierali przede mną nie tylko swoje drzwi, ale często i serca.

Które spotkanie najbardziej zapadło Ci w pamięć?

Każde spotkanie uważam za wyjątkowe, ale najbardziej zapamiętałam rozmowę z Turczynką Behie Shevket, która pomimo tego, że była jedyną stałą mieszkanką swojej wioski była pełna optymizmu i nie przestawała się śmiać. Nie mówiła po bułgarsku, ale od jej dwujęzycznego syna, który akurat był ją wtedy odwiedzić dowiedzieliśmy się, że jej piękny uśmiech – rządek równych, białych zębów – to jej własne uzębienie, a miała dobrze ponad 70 lat! Życie, które wiodła na wsi – spokojne i w zgodzie z naturą i tradycyjnymi rytuałami sprawiło, że była szczęśliwa i pełna sił.

Behie Shevket – ostatnia mieszkanka bezimiennej wsi w okolicach Nenkova
Fot. Martyna Zgierska

Jednocześnie wykonałaś całą masę zdjęć – zwykłych ludzi, ale przepięknych krajobrazów… Fotografia dokumentalna, fotografia reportażowa; to Twoje ulubione rodzaje fotografii?

Zaczynałam w SAF’ie od tego typu fotografii siłą rzeczy kolejne studia również pokierowały mnie w stronę fotografii dokumentalnej. Bardzo lubię fotografować ludzi i przez ich pryzmat opowiadać historie. Fotografia krajobrazowa przyszła naturalnie wraz z podróżami – chciałabym się rozwijać w obu tych kierunkach.

Boyan Masterenkov – ostatni pastrzerz i jeden z ostatnich mieszkańców wsi Dokatichevo
Fot. Matyna Zgierska

Co jest kluczem do sukcesu w tego typu fotografii?

Danie sobie czasu na poznanie drugiego człowieka (czego mi często brakuje) i wtopienie się w jego rzeczywistość. Tego typu projekty wymagają poświęcenia czasu, zaangażowania i zbudowania zaufania z osobą po drugiej stronie obiektywu. Oprócz dobrym fotografem trzeba być też dobrym rozmówcą i słuchaczem. To klucz każdej fotografii związanej z uwiecznianiem człowieka – może poza fotografią wydarzeń. Tam przydaje się również duża pewność siebie przy jednoczesnej zdolności nie skupiania na sobie całej uwagi.

Widziałaś w życiu już bardzo wiele, jaki jest Twój kolejny podróżniczy cel?

Bardzo lubię zagłębiać się w dany krąg kulturowy. Kręgiem kulturowym Bułgarii są Bałkany, ale również i Turcja i to pewnie będą moje podróżnicze cele na najbliższe lata. Marzy mi się również Ameryka Południowa i kraje nordyckie – a w zasadzie wszystkie destynacje, które są bogate w moją trzecią miłość – góry. Choć widziałam wiele, to przecież wciąż mam cały świat do zdobycia.

Kto napisał artykuł?

Krzysztof Kubiak

Od poniedziałku do piątku studiuję zagadnienia bezpieczeństwa narodowego. Po zajęciach pochłaniam się działalności na kolei wąskotorowej w Środzie Wielkopolskiej, gdzie pełnię funkcję rzecznika prasowego, od czasu do czasu pomagam przy utrzymaniu infrastruktury tej prawie 110. letniej linii kolejowej, a w niektóre dni pracuje także jako kierownik pociągu. Od kilku lat zajmuję się również fotografią, która szybko stała się ważnym elementem mojego życia. CIEKAWI MNIE… Kolejnictwo i fotografia, są to te rzeczy, które całkowicie uzupełniają mój czas po opuszczeniu murów uczelni; dzięki temu robię w życiu to co naprawdę lubię.