„Są fotografie, które mają w sobie coś więcej”

Adam Ciereszko

W ogniu fotograficznych pytań: Adam Ciereszko

Fotograf klubowy Lecha Poznań to funkcja, z którą kojarzony jest najczęściej. Piłka nożna nie była jednak pierwszą dyscypliną, którą uwieczniał na zdjęciach. O fotografii reportażowej na najwyższym poziomie, „mentorach”, którzy ukształtowali jego warsztat oraz czynnikach wpływających na rozpoznawalność nazwiska – Adam Ciereszko.

 

Zajmujesz się fotografią od ponad dwudziestu lat, masz na koncie tysiące zdjęć. Pamiętasz pierwsze, które udało ci się wykonać?

Pierwsze świadome zdjęcie, które pamiętam, zrobiłem kupionym za komunijne pieniądze Zenitem 12XP. Jest ono wspominane do dziś, ponieważ był to ślub mojego kuzyna. Miałem wtedy około trzynastu lat. Podszedłem do stołu, przy którym siedziała para młoda, uśmiechnęli się do mnie i wyszło z tego naprawdę coś super. Dodatkowym „smaczkiem” zdjęć z tego dnia była ich perspektywa – byłem wtedy bardzo niski i widziałem wszystko mniej więcej z wysokości pasa, może trochę wyżej. Co do samego sprzętu, na pewnym etapie sprzedałem Zenita, aby kupić kolejny aparat – był to Pentax – teraz trochę żałuję, że już nie mam tego swojego pierwszego.

Czyli można powiedzieć, że zaczęło się od fotografii ślubnej?

Tak wyszło. Teraz nie do końca lubię fotografować śluby ze względu na dość mocno sprecyzowane ramy takich zdjęć i oczekiwania większości klientów. To nie jest miejsce na indywidualne podejście i nie ma za bardzo możliwości robienia tego po swojemu. Niewiele osób ma odwagę się na to zdecydować. Ci, którzy mają do mnie zaufanie i pozwalają mi wykonywać zdjęcia tak, jak widzę świat chyba są zadowoleni z końcowego efektu.

Skąd zatem fotografia sportowa, z której przede wszystkim jesteś znany?

Sporo było przypadku w tym moim fotograficznym ukierunkowaniu. Jakoś około 1999 roku poszedłem na mecz Lecha przy Bułgarskiej z aparatem i robiłem zdjęcia… prosto z trybun. Kolega, który pisał wówczas do magazynu „Tenis” uznał, że w sumie fajnie „łapię” sport, dlatego chciał zobaczyć jakbym pokazał tenis. Akredytował mnie na turniej Warsaw Cup by Heros. Pojechałem, zrobiłem fotorelację, trafiła ona do tego miesięcznika i od tego wszystko się zaczęło. Krótko po tym tata kolegi pomógł mi z akredytacją na spotkania Lecha Poznań – zadebiutowałem wtedy z aparatem na murawie. Z tego, co pamiętam było to starcie z Polonią Warszawa, które Kolejorz przegrał 0:1.

Czyli był to początek przygody z Lechem Poznań?

Tak myślę. Po nitce do kłębka, odezwał się do mnie redaktor naczelny ukazującej się wtedy gazetki klubowej „Poznański Kalejdoskop Piłkarski (PKP) Lech Poznań”. Otrzymałem propozycję współpracy, która okazała się moją pierwszą fotograficzną pracą. Przełomowym momentem zarówno dla mnie, jak i klubu, była rezygnacja kolei ze wspierania Kolejorza, a stery nad nim przejął słynny tercet MLS, czyli Radek Majchrzak, Michał Lipczyński oraz Radek Sołtys. Od tego czasu byłem – po raz pierwszy – jednym z fotografów klubowych. Tak wytrwałem mniej więcej do 2000-2001 roku, po czym zrobiłem sobie czteroletnią przerwę, bo… trochę się wyleczyłem z fotografii.

Dopadł cię kryzys twórczy?

Piłkarsko-sportowy. Czasy były na tyle trudne, że ciężko było funkcjonować. Klub nie miał zbyt dużej płynności finansowej, a fotografia generowała koszty. W którymś momencie po prostu wymiękłem i zrezygnowałem. To mnie zniechęciło do fotografii, piłki i sportu ogólnie. Trzy czy cztery lata nie oglądałem nawet meczów polskiej reprezentacji.

FIZYCZNIE I MENTALNIE TO JEST NAPRAWDĘ CIĘŻKA PRACA…

 

Co zadecydowało o powrocie?

W 2004 roku jechałem samochodem i zobaczyłem reklamę turnieju towarzyskiego Lech Cup. Wtedy poczułem, że po tych czterech latach, chciałbym wrócić do robienia zdjęć. By móc fotografować na tym wydarzeniu potrzebowałem akredytacji, napisałem więc do nieistniejącego już portalu epoznan.net. Odpowiedź otrzymałem jednak tydzień po turnieju (śmiech). Okazało się, że Dawid, który go prowadził i którego serdecznie pozdrawiam, jeśli to czyta – był wtedy na urlopie. W międzyczasie odezwałem się do Michała Lipczyńskiego (ówczesny dyrektor marketingu Lecha Poznań – przyp. red.), który wpisał mnie na listę dziennikarzy upoważnionych do wejścia na wydarzenie. Drugą rzeczą, która przyczyniła się do tego, że wróciłem do fotografowania było to, że krótko potem kupiłem swój pierwszy cyfrowy aparat – Olimpus C-720.

Jak się nim pracowało?

Miał opóźnienie mniej więcej pół sekundy w wyzwalaniu migawki… Z doświadczenia powiem, że polecam taką szkołę, szczególnie przy sporcie! Bardzo fajnie robiło się nim np. hokej na trawie, gdzie pół sekundy wystarczy, aby piłka znalazła się na jednej lub drugiej połowie boiska.

Umiejętność przewidywania, co wydarzy się za chwilę mogłem trenować do perfekcji (śmiech). Zdecydowanym atutem tego aparatu było jednak to, że był cyfrowy – nie generował żadnych dodatkowych kosztów tj. zakup oraz wywoływanie filmów czy odbitki, co gwarantowało spory komfort.

Udało Ci się trafić na Lech Cup, wróciłeś do fotografii. Zostałeś wtedy przy sporcie?

Co ciekawe, zdjęcia z turnieju zostały opublikowane na wcześniej wspomnianym portalu epoznan.net i krótko potem zaczęliśmy współpracować. Robiłem tam bardzo dużo – był to dla mnie etap rozwijania się w fotografii i świecie medialnym w ogóle. Pamiętam, że chodziłem na większość meczów Lecha, jeździłem też do Wronek i Grodziska na spotkania Amiki i Groclinu Dyskobolii. W którymś momencie pojechałem nawet do Zakopanego „na Małysza” jak wtedy określało się konkursy skoków. Wtedy też zacząłem robić swoje pierwsze relacje tekstowe – zacząłem pisać i myślę, że to była dobra szkoła na przyszłość. Później w PAP-ie (Polska Agencja Prasowa – przyp. red.) ta umiejętność mi się bardzo przydała do poprawnego opisu zdjęć, teraz również korzystam z tych doświadczeń, ponieważ zajmuję się m.in pisaniem krótkich tekstów do mediów społecznościowych. Wracając do przeszłości, przez dwa lata pracowałem na luźnych zasadach w tym portalu, ale działałem też z hokeistami AZS-u AWF i Pocztowca Poznań. Dodatkowo, w Centrum Rekreacji AWF, w którym uczyłem pływać, również wykonywałem sporo zdjęć. Prywatnie miałem mocne związki z AWF-em w Poznaniu, więc generalnie cały czas funkcjonowałem w środowisku sportowym.

Te wszystkie działania fotograficzne były chyba jednak bardziej dorywcze?

Tak, przez te lata bawiłem się fotografią. W okolicach 2005 dojrzałem do tego, aby kupić lustrzankę cyfrową – Canona 20D – to był naprawdę porządny aparat na tamte czasy. To właśnie wtedy wskoczyłem na trochę wyższy poziom i zacząłem poważniej podchodzić do tego, co robię i kwestii finansowych z tym związanych. Udało się nawiązać współpracę z Polską Agencją Prasową, choć byłem wtedy zupełnie nieświadomy, jak ten świat i życie fotoreporterów wygląda. Oprócz PAP-u robiłem również zdjęcia dla agencji, która współpracowała z Przeglądem Sportowym, Faktem i Dziennikiem. Wstrzeliłem się w czas, gdzie fotografia sportowa była naprawdę ceniona. Całościowo były to dwa, trzy lata, gdzie funkcjonowałem jako klasyczny agencyjny fotoreporter. Fizycznie i mentalnie to jest naprawdę ciężka praca – co weekend kilka meczów, czasami w różnych częściach Polski. Bardzo podziwiam koleżanki i kolegów, którzy do teraz to robią – duży „szacun” dla wszystkich. Mam jednak kilka ciekawych historii z tego okresu.

Kontynuuj.

W 2007 byłem w stolicy na meczu Legii z Zagłębiem Lubin, które zdobywało wtedy mistrzostwo Polski. Kilka lat wcześniej poznałem trenera Czesława Michniewicza, dzięki czemu przy okazji tego spotkania po raz pierwszy zafunkcjonowałem jako chwilowy fotograf klubowy „Miedziowych”. Jednym z ciekawszych momentów w moim życiu była jazda autokarem wiozącym drużynę na stadion przy ulicy Łazienkowskiej – z jakiegoś powodu do dzisiaj utkwił mi w głowie obrazek podnoszącego się szlabanu i wjazdu na parking. Ten mecz był również wyjątkowy pod względem fotograficznym. Fotoreporterów oczywiście było mnóstwo. Wszyscy wysyłali swoje zdjęcia zaraz po ostatnim gwizdku sędziego, a ja wróciłem do Poznania i dostarczyłem je do bazy dopiero w nocy. I co ciekawe… miałem najlepszy strzał – w gazecie zostało opublikowanych 10 moich kadrów!

KLUCZOWA JEST UMIEJĘTNOŚĆ DOBREGO ŻYCIA Z INNYMI LUDŹMI

 

Jaka była pierwsza duża impreza sportowa, podczas której robiłeś zdjęcia?

W związku z tym, że dobrze radziłem sobie w sporcie, w Polskiej Agencji Prasowej podjęto decyzję, by wysłać mnie na mistrzostwa świata w lekkoatletyce w Berlinie w 2009 roku. Tam miałem pierwszą szkołę życia, jeśli chodzi o światową fotografię sportową. Pracy było mnóstwo – zdobyliśmy jedenaście medali, więc te wszystkie momenty związane z Polakami były dla agencji priorytetowe. Co więcej, po raz kolejny przekonałem się, że w tym wszystkim kluczowa jest umiejętność dobrego życia z innymi ludźmi. Jechałem tam jako kompletny żółtodziób i miałem to szczęście, że od pierwszego dnia wziął mnie pod swoje skrzydła Marek Biczyk, świetny fotoreporter sportowy specjalizujący się w fotografowaniu „królowej sportu”. Krok po kroku, wszystko mi tłumaczył – jaką dyscyplinę, w jaki sposób robić i na co zwrócić uwagę. Bez niego na pewno bym sobie nie poradził.

Na koncie masz jeszcze Igrzyska Olimpijskie w Londynie.

Tak, w czerwcu 2012 działałem na Euro w Polsce, a w sierpniu wyjechałem do Londynu. Tam byłem zdany wyłącznie na siebie – to była walka o życie. Igrzyska to impreza, na której fotografia schodzi na drugi, trzeci plan, bo jeśli ktoś tam jedzie, to zdjęcie raczej potrafi zrobić. Głównym zadaniem to poradzić sobie organizacyjnie i logistycznie. Wszystkie areny były rozrzucone po całym mieście i zrobienie trzech wydarzeń sportowych jednego dnia było naprawdę sporym wyzwaniem. Wróciłem jednak z poczuciem, że skoro tam sobie poradziłem to wszędzie już sobie w życiu poradzę. Skonfrontowałem się z fotoreporterską fotografią sportową na najwyższym światowym poziomie. To było cenne doświadczenie, lecz stwierdziłem, że to nie jest do końca tryb życia, który jestem w stanie prowadzić na dłuższą metę – i zrezygnowałem z bycia fotoreporterem.

Czym się wtedy zająłeś?

Powiedziałem, że zdjęcia będę robił dla siebie, dla przyjemności. Po kilku miesiącach jednak dowiedziałem się, że w Lechu Poznań planowane są zmiany – szukano następcy fotografa, który rezygnował. Otrzymałem propozycję i z dnia na dzień zmieniłem wszystko, stając się fotografem klubowym. Nie żałuję. To decyzja, której zawdzięczam blisko sześć lat świetnej przygody i poznanie fotografii od innej strony. Ten czas nauczył mnie, że zdjęcie robi głównie człowiek, a aparat jest tylko narzędziem do dokumentowania rzeczywistości. Udało mi się dotrzeć do etapu, w którym często ujęcie tworzyło się samo. Chłopacy, gdy mnie widzieli, uśmiechali się, wchodzili ze sobą w interakcje, a po mojej stronie pozostawało nacisnąć tylko spust migawki.

Na myśl przychodzi mi teraz zdjęcie Łukasza Trałki i Aziza Tetteha.

To jeszcze ciekawsza historia, która w jakimś stopniu spaja wszystko, o czym mówiłem wcześniej. To zdjęcie radości w trakcie meczu, jednak… ani Aziz, ani Łukasz nie zdobyli bramki. Gola strzelił Radek Majewski. „Trała” zanotował asystę i skradł całe show, bo to do niego podbiegli po wszystkim koledzy z zespołu. Trzymałem Łukasza cały czas w obiektywie i opłaciło się, bo zdjęcie zostało zrobione w momencie, w którym wszyscy pozostali zaczęli się już rozchodzić. Wtedy Aziz z Łukaszem ponownie zaczęli się cieszyć i tak powstała jedna z kluczowych fotografii w moim sportowym portfolio. To przestroga dla fotografów, by zawsze czekali do samego końca i obserwowali, co się jeszcze może wydarzyć. Ta historia ma jednak drugie dno – przez długi czas, będąc blisko drużyny, obserwowałem z dużym zaskoczeniem jaką relację mieli Łukasz z Azizem, którzy konkurowali ze sobą o miejsce w składzie. Było to dla mnie fenomenem, dlatego to zdjęcie po części jest ukoronowaniem tej przyjaźni.

DLA MNIE DOBRY FOTOGRAF TO PRZEDE WSZYSTKIM DOBRY CZŁOWIEK

 

Masz fotograficzną smykałkę do sportu – czy sam trenowałeś kiedyś jakąś dyscyplinę?

Ze względu na to, iż mój tata pracował na AWF-ie w Zakładzie Pływania, to jako dziecko jeździłem z nim na obozy studenckie i myślę, że pasję do sportu przekazał mi w genach i swoją postawą. Nigdy nie trenowałem „na poważnie” natomiast zetknąłem się z mnóstwem dyscyplin, co myślę miało wpływ na to, że czuję sport, rozumiem go i się nim interesuję.

Na ile wykształcenie stricte fotograficzne jest potrzebne, aby zostać profesjonalistą?

Skoro moje zdjęcia się podobają, myślę, że nie jest potrzebne (śmiech). Odnoszę wrażenie, że osoby, które studiują fotografię traktują ją bardziej artystycznie. Ja określam siebie jako rzemieślnika – staram się rzetelnie oddawać to, co widzę i czuję. Czasami udaje mi się zrobić coś nieoczywistego, lecz wynika to z faktu, że staram się przełożyć emocje, swoje czy kogoś obok mnie, na zdjęcia. Nie chciałbym jednak mówić dla kogo są szkoły czy studia fotograficzne. By fotografować i robić to w ciekawy sposób, potrzebna jest pasja, serce, ciężka praca i niepoddawanie się. To, gdzie i w jaki sposób się uczymy jest, moim zdaniem, na drugim planie. Oczywiście należy się szkolić i rozwijać, ale to my decydujemy, w jaki sposób do tego podejść. Można iść na kursy czy studia, a można czerpać wiedzę od innych osób, które cię poprowadzą.

Spotkałeś takie osoby na swojej drodze? Wspominałeś wcześniej o Marku Biczyku.

Był Marek Biczyk, ale również Jacek Grzegorczyk – fotoedytor w PAP – który wprowadził mnie w te wszystkie tajniki fotografii reporterskiej czy sportowej. Do dziś pamiętam jego słowa: „Wolę mieć dobre zdjęcie z 15. minuty meczu niż średnie z 3. minuty”. Współpracowałem również z Adamem Nurkiewiczem czy Alexem Domańskim. Natomiast największy wpływ miał na mnie Łukasz Grochala, który aktualnie jest fotografem PZPN-u. To on nauczył mnie przywiązywania wagi do detali i „czystości obrazu”, tego, że istotnym jest to, co mamy z tyłu głównego motywu i jeśli to możliwe, warto fotografować na bardziej jednolitym tle. Drugą rzeczą, do której mnie przekonał to kadrowanie, takie bardzo świadome – zwracanie uwagi na kompozycję obrazu i marginesy. Dzięki temu jesteśmy w stanie „wycisnąć” z naszego zdjęcia maksimum. To wszystko przekazał mi „Groszek”, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. To też jest trochę odpowiedź na pytanie, czy trzeba mieć wykształcenie stricte fotograficzne. Osobiście wolę rozmawiać i uczyć się od lepszych i bardziej doświadczonych ode mnie. Moje życie zawodowe rozwijało się dość spontanicznie i nie było nawet czasu, aby się zastanowić nad pójściem na studia fotograficzne. To działo się samoistnie.

Kogo umieściłbyś w TOP3 fotografów sportowych w Polsce?

To trudne pytanie, lecz mogę powiedzieć kogo lubię i cenię. Nie wiem, czy to będą trzy nazwiska, ale zacząłbym od osoby, która jest dla mnie chodzącą legendą – Czarek Sokołowski. To fotoreporter agencji AP, fotografujący nie tylko sport, ale wszystkie najważniejsze wydarzenia w Polsce. Jest jedynym Polakiem, który otrzymał nagrodę Pulitzera – za zdjęcie z puczu w Rosji w 1992 roku. To dla mnie absolutny top, również, jeśli chodzi o osobowość, ponieważ nie potrafię oddzielić fotografii od człowieka. Dla mnie dobry fotograf to przede wszystkim dobry człowiek. O Czarku powstał właśnie film dokumentalny, który miał zaplanowaną premierę na połowę kwietnia, ale ze względu na pandemię został przeniesiony. Jak tylko będzie do obejrzenia, polecam serdecznie.

Kto następny?

Bardzo dobrą robotę robią chłopacy z Legii, Mateusz Kostrzewa i Jacek Prondzyński. Mam wrażenie, że się uzupełniają i ta zespołowa praca jest bliska optymalnej obsłudze fotoreporterskiej w klubie piłkarskim. To ciekawa, ale też czasami ciężka robota. Gdy zdobywa się mistrzostwo i odnosi sukcesy, pracuje się super. To jednak również odpowiedzialność, aby robić to w sposób gwarantujący dobre relacje wewnątrz drużyny. Głównym zadaniem jest zyskanie zaufania sztabu szkoleniowego i piłkarzy. Będąc w klubie starałem się wyciskać, ile tylko się dało i mam wrażenie, że była wtedy między nami bardzo fajna, kreatywna konkurencja. Wracając do pytania – na pewno jedną z ważniejszych i ciekawszych postaci jest Piotr Kucza. To pasjonat i profesjonalista z krwi i kości. Znamy się ładnych parę lat, jednak do dziś pamiętam naszą pierwszą styczność. Byłem na obozie przygotowawczym z Lechem, a Piotr, który jest z Warszawy i kibicuje Legii, gdy przyjechał na nasz sparing, podszedł do mnie i powiedział: „Zobacz, dla was założyłem nawet niebieską koszulkę”. Trochę symboliczne są te relacje – teoretycznie pod różnymi barwami, po przeciwnych stronach barykady, ale z wzajemnym szacunkiem i umiejętnością rozmawiania czy wymieniania opinii. Inna ciekawa postać to Wojtek Figurski – człowiek wywodzący się z koszykówki, którego bardziej chyba ciągnie do sportów halowych. Jest też fotografem Lechii Gdańsk i realizuje bardzo ciekawe sesje w swoim studio. Kolejny to Szymon Sikora, który robi zdjęcia dla Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Podoba mi się jego kreatywne, nieoczywiste podejście do wykonywanych zdjęć. I ostatnia osoba to Szymon Gruchalski, fotograf ze świata zupełnie mi obcego, czyli kolarstwa. Genialnie potrafi pokazać zarówno emocje sportowe, jak i to, co jest chyba najbardziej obrazkowe, czyli peleton na tle pięknych krajobrazów.

KWESTIA TEGO, NA ILE MOCNO SIĘ ZAANGAŻUJESZ

 

Co wpływa na rozpoznawalność fotografa klubowego w branży? Niektóre nazwiska słyszymy częściej i łatwiej przypisać nam daną osobę do konkretnego zespołu.

Mam wrażenie, że w moim przypadku była to symbioza – Lech dał mi dużo, a ja odwdzięczyłem się tym samym. Dostawałem sporo pozytywnych opinii na temat mojej pracy i wydaje mi się, że udało mi się wybić trochę ponad przeciętność, jeśli chodzi o pracę fotografa klubowego. Tak samo jest chociażby w przypadku Mateusza Kostrzewy czy Jacka Prondzyńskiego. Oni też są rozpoznawalni i wiązani z Legią Warszawa. To głównie kwestia tego, na ile mocno się zaangażujesz. Ja i wspomniani chłopacy weszliśmy w ten świat na 100% i myślę, że duża rozpoznawalność z tego właśnie wynika, z utożsamiania się w pełni z tym, co się robi. Nie da się jednak osiągnąć pewnego poziomu bez odpowiednich działań w mediach społecznościowych. Jest wielu fotografów, którzy są bardzo dobrzy, ale nie każdy potrafi dobrze się „sprzedać” i trafić do ludzi. Z drugiej strony bardzo istotna jest też medialność klubu czy, wychodząc już poza fotografię klubową, medialność tematyki naszych ujęć. Wystarczy spojrzeć na moje obecne działania w social mediach. Jakiekolwiek inne zdjęcia niż z meczów Lecha cieszą się zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem. Można robić świetne ujęcia sztuki, architektury, zwierząt czy różnych dyscyplin sportowych – tak długo, jak szersze grono odbiorców nie będzie zainteresowane tymi zdjęciami, nie wejdziemy na poziom, o którym mówisz i nie będziemy aż tak rozpoznawalni.

Wiele osób ma duże chęci i motywację do działania, ale średniej jakości sprzęt. Czy to
oznacza automatycznie słabsze zdjęcia?

To najczęściej spotykane pytanie. Nie ma takiego sprzętu na świecie, który by satysfakcjonował w 100%. Moim zdaniem jedną z najważniejszych spraw w fotografii jest umiejętność stawiania sobie poprzeczki na racjonalnym poziomie, kluczowe znaczenia ma również pokora. Większość osób, które coś osiągnęły w życiu wyróżniają się, według mnie, właśnie takim podejściem. Można zrobić wszystko co się da, a zdjęcie i tak nam nie wyjdzie. Trzeba mieć wtedy pokorę na tyle mocną, żeby się nie frustrować tylko iść dalej i próbować. Zaczynając myśleć o fotografii sportowej, jak i samym wyposażeniu nie można popaść w pułapkę pt. „Mam za słaby sprzęt, dlatego robię słabe zdjęcia.” – to jest ślepa uliczka. Takim myśleniem nigdy do niczego nie dojdziemy. Tak naprawdę na każdym etapie – włączając w to najlepsze aparaty – jesteśmy w stanie znaleźć powód, dlaczego nasz sprzęt jest niewystarczający. Jeżeli ktoś mi powie, że Canon RP jest za słaby do fotografii sportowej to proszę sobie „wygooglać”, jakie parametry techniczne miał Olimpus C-720, którym robiłem hokej na trawie. Pojawia się pytanie, czy my idąc na mecz chcemy robić zdjęcia takie same, jak w agencji fotograficznej, która pracuje na możliwie najlepszych korpusach i obiektywach czy chcemy poprzez dane ujęcia pokazać naszą pasję do sportu i fotografii sportowej. Jeżeli to drugie, to nie ma sensu oglądać się na sprzęt, tylko wyciskać „maksa” z tego, co mamy.

Znalazłam kiedyś zabawne porównanie aparatu i piekarnika: „To nie sprzęt robi dobre ciasta tylko człowiek”.

Zgadzam się. Nie mam obecnie możliwie najlepszego sprzętu. Posiadam Canona 5D Mark IV oraz Canona RP i coś mi mówi, że jak pójdę na mecz to będę w stanie tym drugim zrobić takie zdjęcie, na widok którego ktoś powie – „o, fajne”. Gdyby ktoś inny chwycił do ręki mój aparat, to nie wiem, czy byłby w stanie zrobić to samo. Jeśli tak, to szacunek. I to jest właśnie kwestia tego, kto trzyma aparat, a nie jaki on jest. Ja trzymając Canona RP i ja trzymając Canona X jestem tą samą osobą, która jest w stanie robić dobre zdjęcia. Natomiast to nie działa w drugą stronę, że jak ktoś chwyci Canona X, a ja będę miał RP to on na pewno zrobi lepsze ujęcia. Może, ale nie musi. Znam takich, co mieli Canona X i robili nieostre kadry, bo trzeba jeszcze wiedzieć, na czym polega robienie zdjęć i umieć obsługiwać aparat.

PEWNYCH RZECZY NIE DA SIĘ ZDEFINIOWAĆ CZY OPISAĆ

 

Czy twoim zdaniem bezlusterkowce są w stanie zastąpić znane i lubiane lustrzanki?

Tego chyba nikt jeszcze nie wie. Generalnie mówi się, że bezlusterkowce to kierunek, w którym podąża świat i wydaje mi się, że docelowo tak będzie. Lustrzanki były jednak rozwijane przez dziesiątki lat i aparaty bez lustra są jeszcze zbyt nowe, żeby sprawdzały się w tak wielu sytuacjach. Profesjonaliści potrzebują solidnego narzędzia pracy i nie mówimy tu o samych parametrach technicznych. O fotografie, moim zdaniem, świadczy pewność nieschodzenia poniżej pewnego poziomu. Od sprzętu też oczekuje się tego, aby nie zawodził. Pojawia się więc pytanie, czy bezlusterkowce są już teraz w stanie spełnić takie oczekiwania? Wszystko zależy od tego, co robisz i wielu innych czynników. Kwestia zasilania, przetestowanych rozwiązań, dostępnych akcesoriów czy zamienników – to wszystko jest lepiej rozwinięte w sektorze lustrzanek. Jeśli mówimy o półce amatorskiej czy półprofesjonalnej, to moim zdaniem aparat bezusterkowy jest bardziej racjonalnym wyborem. Natomiast, jeśli chodzi o profesjonalistów zwłaszcza w fotografii sportowej – to tu mamy trochę loterię. Wszyscy wiedzą, czego mogą się spodziewać po lustrzankach, natomiast bezlusterkowce są jeszcze w wielu kwestiach trochę niewiadomą.

Planujesz zrobić mecz bezlusterkowcem?

Chciałbym pójść kiedyś na mecz i pobawić się moim Canonem RP, czyli nawet nie tym z najwyżej półki, a bardziej amatorskim. Robiłem kiedyś coś takiego z Fuji – niestety miałem bardzo ciemny obiektyw, bo przechodząc między systemami trzeba mieć wszystkie „szkła” osobno. Dlatego w momencie, w którym było to finansowo racjonalne, postanowiłem zamienić Fuji na Canona RP. Ciekawy jestem, jak się zachowa na przykład z obiektywem 300mm.

Zważywszy na stosunek wielkości obiektywu do korpusu na pewno będzie wyglądał zabawnie…

Będzie wyglądał zabawnie, natomiast nagle może się okazać – i to jest właśnie ta niewiadoma, o której mówiłem – że będzie on sobie skuteczniej radził w przypadku autofokusa niż niektóre lustrzanki. Tego typu kwestie trzeba sobie po prostu przetestować. Teraz niestety, nie jesteśmy w stanie zrobić wielu rzeczy (pandemia koronawirusa – przyp. red.). Aby coś zweryfikować, trzeba mieć porównywalne warunki. Mecz na stadionie przy sztucznym oświetleniu to warunki bardzo podobne i powtarzalne, zatem to dobry poligon na testowanie. Co więcej, myślę, że gdyby okazało się, że da się dobrze sport tymi bezlusterkowcami robić – mając oczywiście świadomość ograniczeń, które ze sobą niosą – to mógłby to być dobry temat do szkoleń dla zaawansowanych amatorów, których nie stać na sprzęt za kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kupując Canona RP i obiektyw, który będzie do niego pasował to już dobry start, aby zacząć się bawić w fotografię sportową.

Istnieje przepis na idealne zdjęcie?

Mam w domu na ścianie plakat, na którym widnieje, tłumaczony luźno z angielskiego napis: „Nie istnieją zasady dobrych fotografii – są tylko dobre fotografie”. Pewnych rzeczy nie da się zdefiniować czy opisać. Z jakiegoś powodu zdjęcie, o którym wspominałaś – Aziz i Trała – robi wrażenie. Po prostu są fotografie, które mają w sobie coś więcej – są też fotografie „płaskie” i „jałowe”. Kluczową kwestią, według mnie, jest świadomość tego, co chcemy osiągnąć. Wiele zdjęć jest robionych bezrefleksyjnie – „widzę, naciskam, coś tam wyjdzie, najwyżej się skadruje”. Jeśli odpowiemy sobie na pytanie, co chcemy de facto uchwycić i zrobimy to świadomie, to wtedy zdjęcie ma szansę mieć w sobie coś więcej niż kadr z monitoringu. Urządzenie obrazujące zawsze będzie tylko narzędziem, kluczowy jest czynnik ludzki – świadomość tego, co chcemy pokazać, nasza wrażliwość i emocje.

 

Kto napisał artykuł?

Klaudia Berda

Od poniedziałku do piątku studiuję dziennikarstwo i komunikację społeczną na specjalności nowe media. Weekendy natomiast, najczęściej spędzam za linią końcową piłkarskich boisk, aby uchwycić na zdjęciach kluczowe momenty. Fotografia sportowa to coś, co przynosi mi najwięcej radości i w czym cały czas staram się rozwijać. Lubię uczyć się nowych rzeczy i podejmować nowe wyzwania – przez większość czasu rozpiera mnie energia, więc nie potrafię za długo „usiedzieć” w miejscu. Pomimo iż na ten moment nie jestem pewna, kim chciałabym zostać w przyszłości, to może jest szansa, aby moja pasja stała się pewnego dnia moją pracą?