W sercu sportowego „fyrtla”

Niepozorny, lecz kryjący w sobie tajemnice. Gromadził na swych trybunach tysiące, dziś jest niemal zapomniany. Chwała miasta, która z czasem stała się obrazem nędzy i rozpaczy. Stadion im. Edmunda Szyca zachwycał i tętnił życiem. Obecnie odstrasza wyglądem, będąc wyłącznie widmem obiektu, który był areną dla niezwykłych historii.

Zagłębmy się nieco w historię tego miejsca. 16 maja 1929 roku. Stolica Wielkopolski jako gospodarz Powszechnej Wystawy Krajowej (zorganizowanej z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości, aby zaprezentować dorobek odrodzonego państwa) gości najwyższych dostojników państwowych. Powstaje wiele nowych obiektów, w tym stadion, zwany miejskim, znajdujący się w północnej części Łęgów Dębińskich. Uroczystemu otwarciu areny towarzyszy szereg występów artystycznych, na który przybywa sam prezydent Ignacy Mościcki. Choć przewidywana pojemność wynosi 80 tys., tłumy nie ustają w dążeniu znalezienia się na trybunach (szacuje się, że tego dnia na stadionie zasiadło 100-120 tys. widzów). Obciążenie jest ogromne, czego nie wytrzymała konstrukcja, na której zaczynają pojawiać się rysy.

– Prezydent miasta podszedł do głowy państwa z propozycją opuszczenia trybuny. Podziwiałem wtedy spokój i opanowanie prezydenta Mościckiego. Zapytał, pilnie obserwując pokaz czy katastrofa może nastąpić teraz, czy dopiero za chwilę? Gdy dowiedział się, że zachodzi tylko obawa, iż może nie wytrzymać, zadecydował, że zostanie do przerwy przewidzianej w programie, by nie wzbudzać paniki – czytamy we wspomnieniach Władysława Czarneckiego, wieloletniego architekta Poznania w jego książce „To był też mój Poznań”.

Z ORŁA BYŁY TE ŻARÓWKI ORAZ BETONOWY PRZEKRĘT

Koniec uroczystości, będących triumfem młodości i życia, rozpoczął blisko dziesięcioletni okres stagnacji nowo wybudowanego obiektu. Choć wciąż służył sportowcom, robił to w niepełnym wymiarze. Poza trenującymi tutaj lekkoatletami oraz sparingiem reprezentacji biało-czerwonych przeciwko Jugosławii w 1931 roku (6:3), spokój zakłócali członkowie komisji, która miała zbadać przyczyny katastrofy budowlanej Stadionu Miejskiego.

Pierwszy w historii mecz przy sztucznym świetle. W tych smutnych okolicznościach miało miejsce wydarzenie dziś zapomniane. 13 września 1933 roku odbył się tam pierwszy w dziejach naszego kraju mecz przy sztucznym oświetleniu. Nie byle jakim, gdyż z żarówek elektrycznych, które dzień wcześniej tworzyły ogromnego orła, będącego elementem uroczystości (w Poznaniu miał miejsce XIV Zjazd Lekarzy-Przyrodników Polskich oraz IV Zjazd Związku Lekarzy Słowiańskich z okazji których na Stadionie Miejskim zorganizowano pokaz wychowania fizycznego). Czymże byłoby jednak spotkanie bez odnotowana zwycięzcy. W starciu Warty Poznań z Legią Poznań – tak, zgadza się (w latach 1922-1949 istniał taki klub) – górą była druga z wymienionych ekip.

Kluczowe były zeznania

Spór nie ustawał. Firma wykonująca pale oraz konstrukcję żelbetonową trybun utrzymywała, że wszystkie prace wykonano zgodnie z projektem i obliczeniami statystycznymi. Co więcej, poświadczał to odbiór kierownika budowy, odnotowany w dzienniku. Stan wciąż się jednak pogarszał, czego dopatrywano się w między innymi zbyt słabej mieszance betonu o nieodpowiednim składzie. Po długich naradach postanowiono to zbadać.

25x25x25 cm mierzyły kostki, wycięte przez firmę w towarzystwie komisji, które zostały poddane testom. Było ich sześć. Wynik – znacznie lepszy niż przypuszczano! Sedno sprawy od początku tkwiło w zupełnie czymś innym, a kluczowe okazały się zeznania jednego z zwolnionych pracowników przedsiębiorstwa „Hoffmann” odpowiedzialnego za całe zamieszanie.

– Te kostki, wycięte na stadionie w obecności komisji, zawieźliśmy na skład materiałowy firmy. Tam były już przygotowane inne o tych samych wymiarach. Zamieniliśmy kostki i te drugie zawieźliśmy do Szkoły Budownictwa na Łąkową. Nikt z komisji z nami nie jechał i nie sprawdzano, co przywieźliśmy – czytamy w dzienniku Czarneckiego.

Z czasem wyszły również oszustwa robotników, którzy będąc niekontrolowani przez niedoświadczonego kierownika budowy, dopuścili się niewłaściwego wykonania pali podtrzymujących konstrukcję. Gdy w wyniku dalszych analiz uznano, że Stadion Miejski nie nadaje się do naprawy, podjęto decyzję o daleko idącej przebudowie. Przewidywane na trzy lata prace rozpoczęto w 1938 roku, lecz – co oczywiste – zakłócił je wybuch II wojny światowej.

Ten okres w historii areny zapisał się wyjątkowo tragicznie – hitlerowscy okupanci postanowili bowiem wykorzystać jej teren jako obozu pracy przymusowej dla ludności żydowskiej. Wkrótce po zakończeniu działań zbrojnych, przy pomocy Zakładów H. Cegielskiego, kompleks wszedł w posiadanie Warty Poznań. Przystąpiono do rekonstrukcji dokumentów technicznych dotyczących nieudanego przedwojennego projektu oraz dokończono to, co zostało przerwane. Obiekt ponownie został otwarty oraz nadano mu imię 22 lipca (dzień polskiego święta komunistycznego, upamiętniającego manifest PKWN). Mogąc pomieścić 60 000 widzów, obok Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie i Stadionu Śląskiego w Chorzowie, stał się największym w Polsce. Okoliczności oraz czas zbiegły się idealnie – wielkie chwile stadionu miały bowiem nadejść zaledwie kilka lat później!

"BUM" NA KOLEJORZA

– Zgodnie z wyjątkowym w skali całego kraju zwyczajem, w latach 50. wspierało się Lecha oraz Wartę. Ten pierwszy budował jednak swoją pozycję, by w kolejnej dekadzie stać się stroną dominującą – mówi nestor poznańskiego dziennikarstwa, Andrzej Kuczyński.

Kolejorz osiągał coraz to lepsze wyniki, a stadion zlokalizowany na Dębcu pękał w szwach. O komfortowych warunkach treningowych mogli pomarzyć przedstawiciele innych, licznych sekcji. Oczywistą stała się potrzeba poszukania lub wybudowania nowej, większej areny. Lech w przeszłości gościł na innych stadionach mieszczących się w mieście. I w tym miejscu jego losy ponownie splatają się z centrum miasta.

– Chodzenie na Lecha było czymś w rodzaju mody. Praktycznie zawsze zbierał przyzwoitą frekwencję, lecz wszystko zmieniło się, gdy niemal bezpośrednio z trzeciej ligi awansował do pierwszej (lata 1970-1973 – przyp. red.). Zanim to jednak nastąpiło, ze względu na zainteresowanie, przeniósł się na największy w mieście, dzisiaj widmo, stadion im. 22 Lipca – wspomina dziennikarz.

Goście z „Dymbca” wiedzieli, jak tego dokonać

Stadion po przebudowie zyskał nie tylko imię, lecz również nowy kształt. Charakterystyczne trybuny: wysokie wzdłuż boiska, a opadające za bramkami, wyróżniały go na tle innych poznańskich obiektów. Zapełniał się sporadycznie, lecz goście z „Dymbca” wiedzieli, jak tego dokonać. 2 kwietnia 1972 roku pędzący ku „ekstraklasie” Lech mierzył się z Uranią Ruda Śląska. W tę niedzielę wielkanocną w wielu domach w Poznaniu, świąteczne śniadanie poczekać musiało aż do pory obiadowej. Spotkania rozgrywano bowiem we wczesnych godzinach przedpołudniowych.

– Bilety trzeba było kupić w przedsprzedaży. Dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania stadion był wypełniony po brzegi i trwał doping. Wygraliśmy 1:0. Na kolejne mecze przychodziło tu po 50-60 tysięcy ludzi. Taki był głód wielkiej piłki w Poznaniu – mówi Józef Djaczenko na łamach książki „Historie warte poznania” Filipa Czekały.

Często wspominanym atutem wildeckiej areny jest lokalizacja. Centrum miasta jest bowiem doskonale skomunikowane, a z pociągu – a wielu kibiców na mecze dojeżdżało spod poznańskich miejscowości – na obiekt można dotrzeć pieszo. Ciekawa sytuacja, związana właśnie z koleją, miała miejsce kilka tygodni po wspominanym wyżej starciu. Kibice Śląska Wrocław, którzy przybyli do stolicy Wielkopolski dopingować swoich ulubieńców w starciu z Kolejorzem, chcąc zdążyć na dworzec, opuszczali trybuny kilka minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego przy stanie 1:0 na ich korzyść. Niewyobrażalne musiało zatem być ich zdziwienie po powrocie do domu, gdy okazało się, że niebiesko-biali w doliczonym czasie gry zdołali nie tyle wyrównać, co odwrócić losy konfrontacji, zwyciężając 2:1.

To, co na Stadionie Miejskim wydarzyło się 25 czerwca 1972 roku, złotymi zgłoskami zapisało się w historii cementującego się wówczas się klubu.  Na decydującym o awansie do I ligi starciu z Zawiszą Bydgoszcz, tłum poznaniaków napierających na obiekt zaskoczył samych organizatorów. Trybuny pękały w szwach, a ZOMO zabroniło działaczom wpuszczać kolejnych osób pod groźbą ich aresztowania za stworzenie niebezpieczeństwa. Kibicom jednak pozwolono wejść, choć biletów nie wydawano.

– Każdy dawał kasę w bramie, do ręki, i wchodził – wspomina Djaczenko. Trudno oszacować frekwencję towarzyszącą gospodarzom pojedynku. Umownie mówi się o komplecie, lecz w całym panującym zamieszaniu nie można wykluczyć znacznie większej liczby widzów. Lech, tracąc dwie bramki, ponownie zdołał odwrócić „kartę” na swoją korzyść. Wygrywając 4:2, zakończył dziewięcioletni okres niebytu stolicy Wielkopolski w piłkarskiej elicie kraju.

– Stadion ten kojarzy mi się przede wszystkim z pełnymi trybunami. W pierwszym sezonie po powrocie do I ligi ludzie pojawiali się na trybunach kilka godzin przed gwizdkiem sędziego. A przed starciem z Legią to w ogóle działo się dużo – wspomina Roman Jakóbczak na łamach oficjalnej strony siedmiokrotnego mistrza kraju. Słowa 74-latka przywołane zostały w tym miejscu nieprzypadkowo, gdyż sezon 1972/73 poznaniacy rozpoczęli właśnie od meczu z Legią Warszawa.

– 26 lipca 1972 roku. Zbliżały się moje urodziny, więc rodzice postanowili zabrać mnie na ten mecz – mówi Krzysztof Ratajczak, dziennikarz i komentator Radia Poznań. – To szalone spotkanie oglądało ponad 60 tysięcy widzów zebranych na trybunach. Zanim jeszcze weszliśmy na stadion, kupiłem sobie proporczyk. Musiałbym go poszukać w piwnicy rodzinnego domu… pamiętam, jak czekaliśmy bodajże do tej 70. minuty. Do dziś mam przed oczyma, jak Roman Jakóbczak strzela gola z rzutu wolnego, a w bramce warszawiaków stał Piotr Mowlik, późniejszy golkiper Lecha – dodaje. Radość tłumu była ogromna. Doszło do sytuacji, kiedy po ostatnim gwizdku sędziego, samochód zdobywcy zwycięskiej bramki był wypychany ze stadionu, żeby pomocnik mógł w tym czasie spokojnie rozdawać autografy. Licznie zgromadzeni kibice z szerokimi uśmiechami na twarzach mogli rozejść się do domów. Choć nie tak pozostałą część sezonu wyobrażali sobie poznaniacy (rozgrywki zakończyli bowiem na dwunastym miejscu, tuż nad strefą spadkową), ich mecze wciąż cieszyły się zainteresowaniem. – Ta frekwencja powolutku się zmniejszała, aczkolwiek tych 40 000, a nawet nieco więcej długo się trzymało – opowiada Kuczyński.

Czynnikiem, który zawsze budzi kontrowersje, jest przerwanie spotkania. W maju 1973 roku nikomu nie przyszło to jednak do głowy, gdyż piłkarskie zmagania zakłócił nikt inny jak… kolarze kończący etap Wyścigu Pokoju! Szczegół tkwił w błędnych wyliczeniach organizatorów, którzy zakładali zakończenie pierwszoligowego starcia przed dotarciem sportowców do Poznania. Tablica wyników wskazywała rezultat 2:0 na korzyść gospodarzy, nikomu więc nie było żal tych kilku straconych minut. Wydarzenie to oglądało ponad 50 tysięcy stłoczonych, ale rozentuzjazmowanych kibiców.

ZDEWASTOWANY W OBLICZU PRAWA

Gdy za sprawą ogromnych sukcesów Lecha okazało się, że stadion jest jednym z najważniejszych obiektów w mieście, podjęto decyzję o jego modernizacji. Arena wzbogaciła się o m.in. o pawilon, umożliwiający wejście od ulicy Dolna Wilda, w którym mieściło się kilka przyzwoitych pomieszczeń.

– To się z łezką na to patrzy. Szatnie, można powiedzieć, były mikro. Czasy te wspominam jednak miło. Chętnie się tam grało – opowiada Piotr Mowlik, bramkarz Kolejorza w latach 1977-1983, który wcześniej gościł na Stadionie Miejskim w barwach Legii Warszawa.

Centralne dożynki na stadionie

Wszystkie inwestycje lat siedemdziesiątych poszły na marne, gdy „poznańskim towarzyszom” powierzono organizację centralnych dożynek, traktowanych przez komunistyczne władze jako wielka uroczystość. Choć obiekt wielokrotnie służył za arenę różnorakich wydarzeń, urzędnicy postanowili go przebudować. Zlikwidowano w ten sposób centralne sektory trybuny od strony Rataj, mogącej pomieścić największą liczbę osób. W miejscu tym powstała olbrzymia, betonowa brama w kształcie łuku. Siedząc na przeciwległej stronie, wejście mieniło się niczym wyrwa, niszcząca zastały klimat, co wlało ogromny żal w serca kibiców, coraz mniej chętnie zasiadających na trybunach. Tak przygotowana scenografia miała służyć do wejścia starościnie, który następnie bochnem chleba witał Edwarda Gierka. – To już nie był stadion. To był dziwoląg – pisze Józef Djaczenko, autor książki „Stadion. Magia Bułgarskiej”.

Choć niebiesko-biali coraz rzadziej pojawiali się na wildeckiej arenie, to tutaj zadebiutowali w roli gospodarza w europejskich pucharach. 27 września 1978 roku zmierzyli się z niemieckim MSV Duisburg, lecz wynik pierwszego, wyjazdowego spotkania (0:5) zniechęcił wielu poznaniaków do przyjścia na mecz. Tym samym szyki organizatorów, którzy liczyli na rekordową frekwencję, zostały pokrzyżowane.

– Gdy trybuny wypełniały się niemal po brzegi, przyjemnie grało się na tym stadionie. Nie wiem, jak obliczano tam frekwencję. W końcu były tam tylko ławeczki. Biorąc pod uwagę bieżnie oddzielającą siedzenia od murawy, wystarczyło, by na mecz przyszło kilka tysięcy osób mniej, aby czuć pustkę – przyznaje Piotr Mowlik. – Mimo tego wszystkiego mam dobre wspomnienia związane z tym stadionem. Te dobre czasy Lecha przypadły również na niego – dodaje.

NIE MUSIAŁ PODZIELIĆ TEGO LOSU

Zmiany ustrojowe wymusiły zakończenie współpracy na linii Warta Poznań – Zakłady H. Cegielskiego. Za aprobatą władz miasta, stadion został przekazany w „ręce” ekipy dwukrotnego mistrza kraju. To właśnie wtedy otrzymał nazwę, upamiętniającą jednego z współzałożycieli zespołu, Edmunda Szyca. Ostatnie tchnienia przeżywał po powrocie “Warciarzy” do ekstraklasy w sezonie 1993/94 po blisko pół wieku niebytu.

– Gdy w 1993 roku regularnie komentowałem mecze w radiu, stadion ten przygasał. „Odrodzenie” dał mu awans Warty do I ligi, lecz nie na długo – przyznaje Krzysztof Ratajczak. Klincz trwał. Na nic zdało się zasłonięcie olbrzymiej bramy niszczącej akustykę obiektu. – Trochę ludzi na te mecze przychodziło. Gdy awansowaliśmy, wszyscy spisywali nas na straty, a my po rundzie jesiennej byliśmy nawet w czołówce. Punktowaliśmy, co przyciągało trochę „wiary” – wspomina Mowlik, który po zakończeniu kariery zajął się szkoleniem.

Warta w ekstraklasie utrzymała się raptem dwa sezony, a problemy finansowe sprawiły, że stadion popadł w ruinę. A wcale nie musiał go spotkać taki los. Gdyby spojrzeć o kilkanaście wersów w górę, wspominałam bowiem o poszukiwaniach lub wybudowaniu nowej, większej areny, która mogła służyć lechitom. Słowo „poszukiwania” znalazło się tam nieprzypadkowo, gdyż działacze niebiesko-białych podjęli próbę przejęcia dolnowildeckiego obiektu.

– Przyszło nam do głowy, że skoro mamy lepsze wyniki sportowe, dogoniliśmy, a nawet przegoniliśmy Wartę i coraz więcej ludzi przychodzi na nasz dębiecki stadion, to największy obiekt w mieście powinien stać się formalnie naszą własnością. Wiedzielibyśmy, jak go wykorzystać z korzyścią dla wszystkich – wspomina Jan Pieńczak, wiceprezes Lecha Poznań w latach 1961-1975, cytowany przez Józefa Djaczenko. Rozpoczęte negocjacje zakończyły się fiaskiem za sprawą ambicjonalnego podejścia do tematu działaczy dwukrotnego mistrza Polski.

– W gruncie rzeczy szkoda, że nie udało się przejąć tego stadionu. Towarzyszy mu doskonałe połączenie komunikacyjne, a i samo położenie bardzo dobre – w takim sportowym „fyrtlu” – w sąsiedztwie AWF-u i boisk, choć część oczywiście powstała później. To ważna sportowa część Poznania – mówi Andrzej Kuczyński.

W tym miejscu czas się zatrzymał – to jeden z częstszych komentarzy w odniesieniu do Stadionu im. Edmunda Szyca. Opisane wydarzenia mają na celu ukazanie dramatu, który go spotkał. Blisko pięćdziesiąt lat temu obiekt ten przeżywał swoje najpiękniejsze chwile. – To było coś niezwykłego. Ewenement na skalę Polski. Frekwencji na trybunach zazdrościli nam koledzy „po fachu” z innych miast! – wspomina Andrzej Kuczyński. Obecnie w miejscu, gdzie tętniło życie oraz „radośnie” turlały się rozmaite szkła, uważać trzeba, by tymi potłuczonymi nie wyrządzić sobie krzywdy. – Lokalizacja jest świetna, ale co z tego, skoro dziś bardziej możemy mówić o lesie niż stadionie. Gdy kiedyś pojechałem tam powspominać, szczerze mówiąc się przeraziłem – przyznaje Roman Jakóbczak, którego auto w 1972 roku wypychano ze stadionu. – Szkoda, że taki obiekt opustoszał, gnije można powiedzieć – dopowiada ten, który wówczas wyciągał piłkę z siatki – Piotr Mowlik. A arena była domem wielu innych dyscyplin sportu, nie tylko piłki nożnej! – Był to cały kompleks boisk. W miejscu, gdzie teraz mamy parking buforowy przy Multikinie, istniało boisko hokejowe. Na samym stadionie z kolei rozegrano chyba pierwszy w Poznaniu mecz futbolu amerykańskiego – wspomina Krzysztof Ratajczak.

Dziś po Stadionie im. Edmunda Szyca pozostały wyłącznie wspomnienia – sportowo dobre wspomnienia. „Kamień po kamieniu” znika jednak w oczach, a za parę lat – być może – i z świadomości młodszych pokoleń poznaniaków.

Kto napisał artykuł?

Wiktoria Łabędzka

Studentka Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Za aparat chwytam okazjonalnie, gdyż takowego nie posiadam. Ani imprezy masowe, ani opuszczone miejsca nie są mi jednak straszne. Traktuję to jako ciekawe doświadczenie przydatne w dziennikarstwie, w którym się realizuję. W 99% tekstów wychodzących spod mojego „pióra” odnajdzie się choćby jedno nawiązanie do piłki nożnej, która stała się nie tylko moją pasją, lecz również pracą.