Co trzeba wiedzieć o prawach autorskich?

Dziś trochę inaczej niż zwykle. Nie będę pisał o tym, jak zrobić zdjęcie – a bardziej o tym, w jaki sposób nie dać się okraść. Ani też nie okradać innych samemu. Kilka tysięcy znaków o prawach autorskich z perspektywy raczej praktycznej.

Od razu warto zauważyć, że to nie będzie tekst pisany profesjolektem prawniczym. Postaram się kilka dość prostych i podstawowych rzeczy przerzucić na jeszcze prostsze przykłady. Bardziej złożonego materiału możecie się spodziewać w przyszłości.

Pierwsze i najważniejsze – autorskie prawa osobiste

Zanim pochylimy się w ogóle nad tym, co chronią prawa autorskie i o jaką ustawę się opierają (dobra, żartuję) – to muszę napisać coś kompletnie podstawowego. Autorskich praw osobistych nie da się zbyć (sprzedać, nabyć) i są one ważne bezterminowo. W końcu trudno sobie wyobrazić teraz, że wziąłbym sobie “Pana Tadeusza” i z racji tego, że Mickiewicz już długo nie żyje – to bym się pod tym podpisał. 

Na lekcjach dzieciaki mogłyby gadać o “Panu Tadeuszu” Świstonia i choć to w sumie ciekawe, to raczej nieuczciwe i średnie. No, pomijając czarne czasy dla praw autorskich, czyli – na przykład – okres życia Leonardo da Vinci. W swoim „Traktacie o malarstwie” wyrażał pogardę dla tych, którzy na potęgę robili plagiaty. Wiele obrazów właściwie nie zostało podpisanych przez prawdziwych autorów, a ludzi którzy je kupili.

Prawa osobiste chronią “więź” twórcy z jego dziełem. Czyli – poza podpisaniem się pod nim albo wypuszczeniem anonimowo – prawo do nadzoru nad korzystaniem czy zachowania niezmiennej formy. Czyli, jeśli chcecie – to możecie podpisać się pod zdjęciem imieniem i nazwiskiem. Jeśli nie chcecie, to możecie spróbować pseudonimu (jak Aleksander Głowacki) albo wypuścić anonimowo. To jest jest wasze prawo i należy się wam jak psu należy się buda i jak lew jest królem dżungli. 

Kradzież zdjęcia jest jak kradzież lizaka

Gdy ktoś pobierze wasze zdjęcie i wrzuci do własnego albumu, “zapominając” o was – to zwyczajnie was okrada. Narusza waszą własność intelektualną. Faktycznie własność intelektualna to nie są buty, lizak czy słoik po ogórkach – ale dla niektórych branż ma podobną wartość. Bez znaczenia, czy to wielka telewizja czy Wydział waszego Uniwersytetu. Wiem, że czytaliście o tym, że prawa przechodzą na pracodawcę (i takie tam) ale nie osobiste. Jeśli jakiś znany coach wykorzysta wasze zdjęcie, które przerobią jego graficy i dadzą jako jego – to też kradnie. To nie jest błąd ludzki i nie tłumaczy go fakt, że jego rady odmieniły życie tysięcy Polaków. Gość was okradł i koniec, możecie do niego pisać z prośbą o uznanie autorstwa albo zaniechanie naruszeń poprzez usunięcie całości. Dlaczego?

SAF zrobił zdjęcie → ktoś je ukradł i nie podpisał → nikt nie wie, że to zdjęcie SAF → nikt nie wie, że SAF istnieje i działa → nikt nie idzie na rekrutację do SAF → członkowie SAF kończą studia i odchodzą → SAF upada.

ja.

O co chodzi z prawami autorskimi?

Generalnie podstawową korzyścią dla twórców, płynącą z prawa autorskiego – jest ich ochrona przed nielegalnym rozpowszechnianiem dzieła, które pociąga za sobą straty materialne zarówno twórców, jak i wydawców. Daje możliwość dochodzenia od naruszyciela dwukrotności (a nawet 3x jeśli naruszenie jest zawinione). Realnie dla was chodzi o to, że jak ktoś was nie podpisze – to możecie pisać do każdego. To wasze prawo, które jest “automatyczne”.

Kiedy mówimy o prawach autorskich?

Wasze zdjęcie, film musi być utworem. Aby było utworem, musi być wyjątkowym przejawem działalności twórczej o indywidualnym charakterze. Innymi słowy – jeśli postawicie aparat na statywie i będziecie grać “longiem” bo poprosi was prowadzący zajęcia – to tam nie ma wiele indywidualnego charakteru. Za to jeśli to później wejdzie do montażu i odcinku Flesza/Kuriera, to jednak zaczyna nabierać kształtu i choć prawa majątkowe do całego dzieła ma WNPID (robicie na jego sprzęcie, na zlecenie zatrudnionego przez WNPID kogoś) to wasza robota też jest utworem, z którego składa się odcinek i was też trzeba podpisać. I idąc dalej, jakbyście na tym zarabiali – to każdemu którego utwory składały się na utwór ostateczny (odcinek) należałoby się wynagrodzenie.

Jeśli nie do końca łapiecie o co chodzi z tym indywidualnym charakterem, to jest to bardzo normalne. Na gruncie sądowym często “ad hoc” ustala się czy coś jest dziełem – czy jednak nie jest. Na przykład… smak. No i okazało się, że nie jest utworem i nie można go chronić prawem autorskim (https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/doradztwo-prawne/articles/alerty-prawne/smak-nie-jest-utworem-w-rozumieniu-prawa-autorskiego.html). Podobnie autobus, czy system nawadniający zamek (http://www.prawoautorskie.gov.pl/pages/strona-glowna/orzecznictwo/orzeczenia-polskich-sadow/przedmiot-prawa-autorskiego/pojecie-utworu.php).

Co muszę spełnić aby moje dzieła były chronione?

W sumie to nic. To nie są patenty, które trzeba zgłaszać. Jeśli zrobiliście kosmicznie fajne zdjęcie, którego zaplanowanie i obróbka same w sobie pozwalają mówić o twórczym i indywidualnym charakterze – to prawa autorskie chronią was z automatu. I to ich dwie kategorie – czyli osobiste (o których pisałem) oraz majątkowe.

Czym się różnią osobiste od majątkowych?

W majątkowych chodzi najczęściej o kasę (1) oraz eksploatację (2). Czyli – w gruncie rzeczy – ciągle chodzi o kasę (2 i 1). Jeśli słyszycie o umowach dotyczących praw autorskich, to zawsze chodzi o właśnie te. Zrobiliście świetne zdjęcia i ktoś chce je kupić. Piszecie umowę i sprzedajecie mu majątkowe na wszystkie pola eksploatacji (czyli może wrzucać je wszędzie), albo dajecie licencję na jakieś wybrane (na przykład wykorzystanie na konkretnej wystawie). Tak, jak Sapkowski na Wiedźmina. Strony się dogadują co do formy zapłaty i udzielają stosownych licencji. Nie zmienia to jednak faktu, że utwór jest ciągle wasz i prawa autorskie osobiste są niezbywalne. Więc nawet jeśli ktoś kupił od was majątkowe, to musi podpisać wasze autorstwo. 

Tak samo jest z filmami, które robicie w ramach pracy. Jeśli umowa/ustawa nie stanowi inaczej, to prawa majątkowe przechodzą na producenta (na przykład pracodawcę). Nie stanowi to jednak uszczerbku na prawach osobistych i możecie żądać podpisania was pod waszym dziełem.

No i majątkowe są dziedziczone oraz wygasają po 70 latach od początku roku po śmierci ostatniego z twórców (bo może być ich więcej). Większa liczba twórców często występuje w utworach audiowizualnych – czyli na przykład – filmach. Z jednej strony macie warstwę wizualną, ale z drugiej cały soundtrack – który często jest dziełem “większym” niż film. Co się dzieje po wygaśnięciu praw majątkowych? Utwór idzie do domeny publicznej i możecie z niego korzystać gdzie chcecie.

Tworzę filmik i szukam muzyki…

Dlatego jeśli tworzę filmik promocyjny i korzystam z piosenek, które nie są CC0 – a wymagają atrybucji autora (już jest zgoda). To muszę podpisać autora, bo jego muzyka jest odrębnym utworem. Podobnie ze zdjęciami operatora, którego też powinienem podpisać. Jego prawa osobiste nie są zbywalne i nie wygasają. Jedyne, co może nieoficjalnie zrobić, to zadeklarować, że nie będzie ich wykonywał. Jeśli Wydział wykorzystał moje ujęcia do filmu promocyjnego (zakładając, że noszą znamiona utworu) to powinni mnie podpisać. 

Dozwolony użytek, prawo cytatu

Występuje też pojęcie „dozwolonego użytku”, a więc przepisów upoważniających do

korzystania z utworu bez zgody autora. Na potrzeby zajęć mogę coś “przemontować” i pokazać (dydaktyka). Wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Jednak nie mogę pobrać pobrać filmu z nielegalnego źródła i bezpiecznie z niego korzystać na własny użytek i bliskich. W szczególności, gdy korzystam z torrentów (ponieważ poza pobieraniem, one jeszcze “wysyłają” czyli udostępniają).

Problemowe prawo cytatu – można, ale tylko wtedy, gdy jest to uzasadnione celami takimi jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna lub naukowa, nauczanie lub prawa gatunku twórczości. Wykorzystanie 30 sekund muzyki do filmu to nie jest prawo cytatu. Często telewizja – biorąc cudze klipy – się na nie powołuje, warto wtedy walczyć z prawnikiem rozliczającym się na zasadzie “succes fee”.

Creative Commons – o co chodzi

Creative Commons –  autor może samodzielnie określić zasady, na których chce dzielić się swoją twórczością z innymi. Na przykład “CC BY”, która pozwala na niemal wszystko – jednak wymaga atrybucji autora, albo “CC0” spotykane w bankach grafik, które oznacza, że autor przekazał utwór do domeny publicznej i możemy korzystać dowolnie i komerycjnie. Ludzie przyzwyczaili się do banków ujęć “stockowych” ale warto pamiętać, że nie wszystkie mogą być wykorzystywane do projektów komercyjnych.

Ciekawostka

Czy zdjęcia i filmy z wesela są wasze? Nie do końca. Samo zapłacenie za zdjęcia nic nie daje, potrzebujemy umowy. Jeśli jej nie ma, to wszystkie prawa ma fotograf, a nam zostaje użytek prywatny. Umowa zaś przenosi wyłącznie majątkowe, więc nie możemy zabronić twórcy się podpisać. Z drugiej strony twórca nie może się pochwalić publicznie filmem ani zdjęciami, jeśli nie damy mu zgody na rozpowszechnianie wizerunku. Cóż, ale na szczęście mało kto o tym wie – więc problem się rozwiązuje sam.

Jak walczyć?

W sieci jest dość trudno z walką o prawa. W końcu naruszeń jest dużo i tyczą się osób, które nie znają swoich praw – albo uważają, że nie mają środków na walkę. Są też podejścia typowo feudalne, czyli cieszymy się, że nasze zdjęcia poszły do TV choć realnie nic to nam nie daje, bo nikt nas nie podpisał.

W każdym razie, jeśli miałbym dać jakiś promyk nadziei… Rozmawiałem z z opiekunką SAF – dr Narożną, która opowiadała o branży muzycznej. W Polsce był mały raper, który znalazł swoją piosenkę u jakiegoś wielkiego rapera z USA. Oczywiście nie miał środków na walkę, ale… udało się znaleźć prawnika chętnego na rozliczenie w ramach “succes fee”. Czyli dostanie procent od tego, co wywalczy. No i wywalczyli tyle, że mały raper może sobie postawić mieszkanie.

Kto napisał artykuł?

Maciej Świstoń

Na życie zarabiam przepychając frazę “fundusze inwestycyjne” na pierwszą stronę wyszukiwarki Google. Na drugi pełen etat staram się zrobić doktorat na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Męczę też studentów ucząc projektowania stron internetowych, reklamy w internecie i przepychania fraz na pierwsze strony wyszukiwarek.