Skąd wszyscy wiedzą, że położyłem zdjęcie – rzecz o EXIF

Jeśli zdarzyło się wam przeglądać zdjęcia na internetowych blogach – to pewnie zwróciliście uwagę na pewne dane. Pod zdjęciem – na przykład – pojawiają się informacje o aparacie, przysłonie, migawce czy lokalizacji. Jeśli sądziliście, że blogerzy wpisują je “z palca” to się myliliście. To właśnie są dane EXIF (Exchangeable Image File Format), które aparaty zapisują wraz ze zdjęciem. Także spora część fotografii, które przesyłają mi studenci również je ma i mogę sobie podejrzeć choćby datę czy model sprzętu. A co z tymi, które takich danych nie mają? Na 99%… przeszły przez portal Facebook. 

Czym są te dane EXIF?

EXIF to standard, którym definiuje się pewną grupę informacji związanych ze zdjęciem zapisanym przez cyfrowy aparat. Choć warto pamiętać, że nie tylko o zdjęcia chodzi – bo na przykład filmiki też – to właśnie o fotografii w tym kontekście mówi się najczęściej. Format ten jest w stanie magazynować – między innymi – dane dotyczące ekspozycji, datę i czas zrobienia klatki, podpis autora, a czasami nawet lokalizację (przez GPS). 

Wyobraźcie sobie, że kiedyś trzeba było brać ze sobą długopis i kartki aby zapisywać ekspozycję zdjęcia i konkretne czasy. Bez tego nie było szans, aby dobrze wywołać je w ciemni albo w ogóle wywołać te zdjęcie, które chcemy wywołać. W końcu rozmawiamy o takich przypadkach, w których nie dało się podejrzeć surówki na ekranie poglądowym. Straszne, co? Teraz macie tak dobrze, że nawet nie wiecie o istnieniu takich danych.

Co można przechowywać w zdjęciu?

Tych danych jest naprawdę sporo. Dzięki nim możliwe staje się odtworzenie jakiegoś konkretnego zdjęcia i podejrzenie, jak zostało “ugryzione” przez fotografa. Jest to szczególnie przydatne dla początkujących, którzy ponad wszystko szukają tych “twardych” rad, które zawierają konkretne liczby i wskazania. Im dalej w las, tym częściej docierają oni później do konkluzji, że te liczby, przysłony i migawki są rzeczą wtórną bez większego znaczenia. Pomysłu i indywidualnego charakteru nie można przecież zapisać w formacie cyfrowym (innymi słowy w formacie 0,1).

  • marka aparatu,
  • model aparatu,
  • data wykonania zdjęcia,
  • rozmiary i waga zdjęcia,
  • format,
  • czas naświetlania,
  • ogniskowa,
  • przysłona,
  • czułość ISO,
  • tryb pomiaru światła,
  • korekta ekspozycji (lub jej brak),
  • inne opcje – wbudowane efekty itp.,
  • ustawienia lampy błyskowej,
  • wybrany program (w przypadku bardziej zaawansowanych aparatów – priorytet migawki, tryb manualny, etc.),
  • w przypadku późniejszej edycji “dopisze” się też nazwa użytego programu graficznego.

Jak podejrzeć takie dane?

To proste, ale na pewno nie na tyle – że wystarczy wpisać w “Google Grafika”. Przeglądarki same z siebie nie pokażą wam danych EXIF ze zdjęć znalezionych w necie, a przynajmniej nie przed pobraniem ich. Te informacje znajdują się – tak jakby – w dodatkowej warstwie. Oczywiście można je podejrzeć – choćby wtyczki do przeglądarek, albo… specjalna strona WWW – i zamknąć wszystko bez pobierania jakichkolwiek aplikacji.

To jedno ze zdjęć od was. Widzicie datę edycji i oryginału? 

Inną metodą, która dodatkowo korzysta z tych danych i umożliwia ich edycję jest – na przykład – program porządkujący zdjęcia czyli Adobe Lightroom. Dlaczego piszę o nim? Bo jest niezwykle wygodny i właściwie każdy, kto choć raz fotografował wydarzenie – musiał z niego skorzystać. Nie ma innej opcji, by to wygodnie katalogować. Tak, wiem dość ryzykowne stwierdzenie – ale co tam. Są też inne opcje, warto poszperać. A to katalogowanie odbywa się właśnie – między innymi – w oparciu o EXIF. Jak? Ano przez daty, miejsca lub ogniskowe obiektywu. Ten program pozwala też na usunięcie czy edycję tych danych. W końcu nic nie stoi na przeszkodzie, abyście wyczyścili całą sekcję “Metadane” w oknie eksportu. Możecie też zrobić to po prostu w oknie eksploratora Windows, wystarczy prawy klik → szczegóły → usuń właściwości oraz informacje osobiste.

Po co mieć/usuwać metadane?

Postaram się opisać dwa skrajne przykłady… 

  1. Wyobraźcie sobie, że jesteście członkami mafii za którym podąża Policja różnych państw. Jesteście ścigani listem gończym, wasze twarze są wywieszane na budkach z kebabami i niespecjalnie możecie gdziekolwiek iść. Wy macie to jednak kompletnie gdzieś, bo ukradliście całą kupę siana. Chodzicie do miejsc, gdzie nikt nie pyta o pochodzenie środków i czujecie się totalnie bezpieczni… Na tyle, żeby cykać sobie zdjęcia i wrzucać na jakiegoś bloga. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, że w tym zdjęciu może być wasza przybliżona lokalizacja. Albo… analiza zdjęcia (tzw. Biały Wywiad) może doprowadzić do takiej przybliżonej lokalizacji. Wtedy nie jest już kolorowo, ponieważ możecie nie zdążyć się zmyć. Nieprawdopodobne? Niedawno głośno było o partnerce poszukiwanego listem gończym przestępcy, która wrzuciła takie zdjęcie i po dokładnej analizie (nawet nie danych EXIF, a samego zdjęcia) określono lokalizację i gość wpadł.
  1. Z drugiej strony wyobraźcie sobie, że takie dane mogą być waszym znakiem wodnym. Jeśli w aparacie macie sekcję związaną z nazwą autora, prawami autorskimi albo nazwą aparatu i możecie coś tam wpisać – to wpiszcie siebie. Wtedy każde wasze zdjęcie zostanie dodatkowo wzbogacone o wasze imię i nazwisko w sekcji informacji zapisanych w EXIF. Swego czasu w Niemczech było głośno o człowieku, który zawalczył z Facebookiem. Jeśli nie kojarzycie – to FB czyści wszystkie takie informacje “z defaulta”. Fotograf zwrócił uwagę, że jest to niezgodne z niemieckim prawem, które zabrania usuwania informacji mogących ułatwić fotografowi dochodzenie praw autorskich osobistych. To było w 2016, a FB ciągle te dane usuwa. 

Widzicie już, że każdy kij ma dwa końce? Pamiętajcie też, że lokalizację możecie wyłączyć – jeśli wyłączycie GPS. Zaś pozostałe dane możecie dowolnie załączać i usuwać, korzystając z prostych programów – których pełno jest w internecie. Wystarczy poszukać, choć w przypadku Windowsa możecie wrócić do prawego klika, właściwości i zaawansowane i wpisywać co tylko chcecie. 

Do czego się przydają jeszcze?

Jeśli macie informacje o obiektywie, który został zastosowany do zrobienia zdjęcia – to wiele edytorów ma przygotowane predefiniowane poprawki. Jeśli jakieś szkło słynie z dziwnej aberracji lub winiety – to istnieje szansa, że problem został rozwiązany i wystarczy “kliknąć”. Jednak program nie wiedziałby tego, gdyby nie informacje zawarte w EXIF. Inną opcją może być pomoc w katalogowaniu zdjęć, które możecie filtrować choćby po zakresie dat. Jeśli wiecie, że zrobiliście 100 zdjęć o godzinie takiej i takiej, a później był już dramat – to możecie przefiltrować całą zaimportowaną “paczkę” i wyłapać wyłącznie te potencjalnie dobre. Możecie też pobawić się w detektywa i spróbować dojść, czemu jakieś zdjęcie wyszło wam złe techniczne. Przecież zobaczycie ISO, przysłonę, migawkę, ogniskową…

Co poza EXIF siedzi w waszych zdjęciach?

Tutaj już krótko – IPTC i XMP. To pierwsze to są informacje, które możecie dodawać w edytorach. Jakieś słowa kluczowe, opisy i inne. XMP to dane, które zawierają historię edycji zdjęć. Tak, takie dane też istnieją. Jeśli się ich nie pozbędziecie, to można odkodować historię edycji fotografii. Choć takie pliki – choćby w przypadku Photoshop – są przechowywane w odrębnym pliku, “obok” właściwego.

To co macie zapamiętać?

Jeśli możecie wpisać autora zdjęć w ustawieniach aparatu – to zróbcie to. Na pewno na tym nie stracicie, bo ciągle niewiele osób zdaje sobie sprawę z istoty takich danych. A skoro mało sobie zdaje, to nie zwracają na nie uwagi i możecie wygrać. Co więcej, jeżeli chcecie o nie dbać – to na swojego bloga nie wrzucajcie zdjęć zmielonych przez FB.  Po pierwsze – stracą jakość (algorytm często tnie do 100 KB), po drugie – stracą EXIF. Pamiętajcie, że wiele wtyczek blogowych i galerii potrafi pobrać sobie takie dane i wyrzucić je na front (czyli na samą stronę). Fajnie być na to przygotowanym. 

Zdjęcie okładkowe – Marta Bąkowska.

Kto napisał artykuł?

Maciej Świstoń

Na życie zarabiam przepychając frazę “fundusze inwestycyjne” na pierwszą stronę wyszukiwarki Google. Na drugi pełen etat staram się zrobić doktorat na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Męczę też studentów ucząc projektowania stron internetowych, reklamy w internecie i przepychania fraz na pierwsze strony wyszukiwarek.